piątek, 14 września 2012

Epilog


Kilka lat później…

Poranki w Londynie już od dłuższego czasu wyglądały inaczej. Mimo deszczowej pogody, osobiste słońce zawsze podgrzewało rodzinną atmosferę. Dom Tomlinsonów miał w sobie coś, co przyciągało innych. Nigdy nie brakowało tu ciepła i miłości. W każdym pomieszczeniu znajdowała się radość, która udzielała się wszystkim. Czas zmienia ludzi, ale ich zmieniło małżeństwo. Jennifer, od pięciu już lat, Tomlinson poczuła w końcu, co znaczy mieć rodzinę. Wiedziała, że czeka ją długie życie u boku mężczyzny, którego kocha. Zrozumiała, że czasem trzeba znaleźć się na dnie, żeby sięgnąć szczytu. Sięgnęła. Nie sama. Z nim. Z chłopakiem, który sprawił, że zamiast upadać, frunęła ku górze...

            To był ten dzień. Piąta rocznica ich ślubu. Słońce świeciło radując się wraz z nimi. Przedarło swoje promyki przez jasną roletę i oświetliło przyciemnione pomieszczenie. Kiedy drzwi sypialni uchyliły się, w ciszy można było usłyszeć jedynie tupot małych stóp. Malutka rączka chwyciła dużą dłoń Lou, aby wykonać codzienny rytuał.
- Tato. Tato wstawaj. – po pokoju rozległ się cichy głosik czteroletniego chłopca.
- Harry, proszę... Jeszcze pięć minut. – wymamrotał chowając głowę pod poduszkę.
- Ale obiecałeś! – podniósł głos chcąc zwrócić na siebie uwagę swojego ojca.
Po braku reakcji, poszedł z drugiej strony łóżka i wdrapał się na materac usadawiając się obok swojej mamy. Jennifer otworzyła oczy i mimowolnie na jej ustach pojawił się uśmiech. Chłopiec nachylił się nad nią i złożył na jej policzku całusa.
- Cześć mamusiu.
- Dzień dobry Harry. – powiedziała zachrypniętym głosem. – Chodź tu. – wskazała miejsce obok siebie na poduszce.
Chłopiec ułożył się obok niej i przytulił mocno. Na chwilę odpuścił próby dobudzenia swojego taty, ale cisza nie trwała długo.
- Mamo, tatuś obiecał, że razem z wujkiem pojedziemy do sklepu i zrobimy zakupy na przyjęcie. – powiedział zasmucony faktem, że jego ojciec najprawdopodobniej zapomniał.
- Louis, nie rób mu tego. Wstań i zabierz go ze sobą. Obiecałeś, więc rusz swoje cztery litery. – szturchnęła go łokciem, ale on jedynie jęknął.
- Harry, co jest fajnego w robieniu zakupów? – zapytał ziewając.
- Dobrze wiesz, że skoro jedziesz na zakupy z Niallem i Zaynem to wezmą ze sobą chłopców. Jemu będzie się tutaj nudzić. Sami się zaoferowaliście, że kupicie rzeczy na grilla, więc teraz nie ma zmiłuj. Ja i dziewczyny miałyśmy zadbać o resztę jedzenia. Wiesz, że Hazza i Liam nienawidzą pomagać w takich rzeczach. Trochę wyobraźni. – powiedziała Jennifer.
Louis objął ja w pasie i pocałował w policzek szepcząc czułe „dzień dobry” po czym został sterroryzowany przez swojego syna, który wskoczył na niego i mocno go przytulił.
- Witaj synku. – pocałował go w czoło. – To co? Męski wypad? – spojrzał na niego zabawnie poruszając brwiami.
- Tak!
Drzwi zaskrzypiały, a w progu pojawiła się mała dziewczynka z zaspanymi oczami, smoczkiem i pieluchą w rękach. Jej brązowe, krótkie włoski, sterczały w każdą stronę, ale wyglądała przez to jeszcze bardziej uroczo.
- Jest i nasza księżniczka. – powiedział Louis czekając, aż ich dwuletnia Maria podejdzie do łóżka.
Po chwili cała czwórka leżała na nim czekając aż któreś wstanie pierwsze. Po pomieszczeniu rozległ się dźwięk telefonu, którego właścicielem był Louis, więc niechętnie podniósł się i odebrał.
- Niall? Co? Czekacie na dole? To która już godzina? 11? O kurde. Dobra, już wam otwieramy. No, na razie.
- W takim razie koniec lenistwa. – stwierdziła Jen wstając z łóżka. Wzięła na ręce swoją córkę i podeszła do Lou. – Weźmiesz Marię? Ja pójdę ubrać Harry’ego.
- Ok. Pójdę im otworzyć. – wziął od niej dziewczynkę. Jenni już chciała odejść, kiedy Louis złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie składając na jej ustach subtelny pocałunek. – Kocham cię.
- Ja też cię kocham, Lou.
~*~
- Darcy! Amy! – krzyknęła Agatha, kiedy jej niesforne córki zrzuciły mąkę z blatu kuchennego. – Harry! Mógłbyś chociaż na pół godziny zabrać stąd dzieci? Weź je do ogrodu, albo na spacer, ale zrób to zanim rozniosą kuchnię Jennifer!
- Spokojnie kochanie, złość piękności szkodzi. – podszedł do swojej, od przeszło dwóch lat, żony i pocałował ją w policzek. – Nie wiem czego chcesz od naszych dzieci. No spójrz na nie. Dwa aniołki. – stwierdził wpatrując się w dwie istotki w kręconymi włosami i dużymi, zielonymi oczami.
- Proszę cię, chciałabym skończyć robić to ciasto, ale bliźniaczki mi to uniemożliwiają. Zaraz wróci Lou, Zayn i Niall, więc będzie trzeba zająć się mięsem na grilla. Liam, Margo i Valentine są w ogrodzie, bo ustawiają wszystko. Jennifer i Ruth zaraz tu wrócą, a na podłodze jest mąka. Błagam. Weź je gdzieś indziej. – powiedziała zrezygnowana, desperacko ukrywając twarz w dłoniach. Teraz jej policzku i czoło były całe białe.
- No już, spokojnie. – przytulił ją do siebie. – Zabieram nasze urwisy, a ty pracuj w spokoju. – uśmiechnął się do niej po czym wyprowadził za ręce dwie, prześliczne trzyletnie dziewczynki.
~*~
- Wróciliśmy! – rozległ się dźwięczny głos najstarszego z zespołu.
- W takim razie szybka organizacja. Zayn i Lou- wy idźcie do ogrodu i pomóżcie Liamowi ze stołami, krzesłami i parasolem. Niall, kochanie. Ty pojedziesz ze mną jeszcze w jedno miejsce. Musimy coś załatwić i ty dobrze wiesz o czym mówię. Radzę wam nie denerwować Agathy i nie wpuszczać dzieci do kuchni. Znajdźcie im zajęcie w ogrodzie. Drew, słoneczko ty moje. Jedziesz z nami, czy zostajesz tutaj? – powiedziała szybko Ruth, jakby się paliło.
- Zostaję. – powiedział uśmiechnięty chłopiec.
- W takim razie bądź grzeczny. – ucałowała swojego synka w czubek głowy i jak burza wybiegła z domu wraz ze swoim mężem.
~*~
- Czy jest w tym domu coś jeszcze do roboty? – zapytała Valentine wchodząc do kuchni, w której atmosfera zaczynała się rozluźniać.
- Kochana. Jesteś w szóstym miesiącu ciąży i myślisz, że będziemy ci kazały coś robić? Szalona! – zaśmiała się Jennifer, która mieszała sałatkę.
- Bez przesady. Daję radę.
- W takim razie jedyne co możesz zrobić to lemoniada dla dzieci. Nic więcej, wybacz. – zaśmiała się pani Styles.
- Więc... Valentine, powiedz nam w końcu. Chłopczyk czy dziewczynka? – zapytała podekscytowana Margo.
- Zayn chciał wszystkim zrobić niespodziankę i zostawić to w tajemnicy. – powiedziała uśmiechając się pod nosem.
- Oh przestań! To wcale nie jest sprawiedliwe. Kiedy ja dowiedziałam się, że będę miała córkę, to wiedziałyście jeszcze przed Lou. – zbulwersowała się Jen.
- Co racja to racja. On nie wiedział aż do porodu. Biedaczek. – stwierdziła Agatha.
- Zrobimy tak. Jako, że znam twój sekret, Margo... – popatrzyła na dziewczynę cwaniacko. - ... to ty zdradzisz im swój, a ja swój.
- To nie jest sprawiedliwe! – krzyknęła rozbawiona dziewczyna.
- Macie przed nami sekret? Coś mi się wydaje, że już was nie lubię. – westchnęła Agatha.
- Powinnyśmy je wywalić z kuchni. – stwierdziła Jen.
- Zdecydowanie.
- Więc...? Mówicie nam, czy mamy was stąd wykopać?
- Dobra dobra! – Margo podniosła ręce w geście poddania się. – Ale Valentine, mów pierwsza. Mój jest bardziej szokujący.
- Niech będzie. Chłopiec i dziewczynka. – powiedziała uśmiechając się promiennie.
- Drugie bliźniaki w rodzinie! To wspaniale! – rzuciła się na nią Jen.
- To naprawdę cudownie. – wyściskała ją Agatha.
- Wow. – wydusiła jedynie Margaret. – A teraz mnie zabijecie.
- No mów w końcu! – zbulwersowała się Valentine.
- Od jakiegoś czasu starałam się jakoś leczyć bezpłodność i... Ja i Liam nie wiemy jak to się stało, ale udało się. Jestem w piątym tygodniu ciąży. – niemal wyszeptała.
- Co?! – reakcja Agathy i Jennifer była taka sama.
- Piąty tydzień, a ty mówisz nam dopiero teraz, że będziecie mieli dziecko?! Boże! Co za wspaniały dzień! – krzyknęła Jenni i wszystkie wspólnie się uścisnęły.
- Mogę też? – zapytał Zayn, który nie wiadomo kiedy pojawił się w kuchni.
- Już skończyłyśmy. – oznajmiła Valentine.
- Ale skoro już tu jesteś to pomóż nam zabrać to do ogrodu. – uśmiechnęła się Margo i wszyscy razem ruszyli na zewnątrz.
~*~
- Harry, kim chcesz być jak urośniesz? – zapytał Styles swojego imiennika.
- Chcę śpiewać! – powiedział radośnie chłopiec, który siedział na trawie w towarzystwie wujków i innych dzieci.
- Naprawdę? – zdziwił się Louis, ale na jego twarzy pojawił się ogromny uśmiech.
- Tak! Jak wy! – dodał podekscytowany.
- Jesteś dumny, co? – zapytał Liam wpatrując się w swojego przyjaciela, który o mało nie uronił łzy.
- Cholernie... – westchnął Lou kręcąc głową z niedowierzaniem.
- Tylko musisz wiedzieć jedno, masz cztery lata i tysiące fanek na całym świecie. Kiedy zaczniesz śpiewać będziesz miał ich sto razy więcej, a na ulicy będziesz musiał się ukrywać, żeby kupić w sklepie lizaka. – ostrzegł wujek Harry.
- Oh nie zniechęcaj go! – wtrącił Liam. – Skoro chce śpiewać, to sobie poradzi. Jennifer i Louis na pewno zadbają o jego bezpieczeństwo.
- Zrobimy tak... Najpierw szkoła, a potem kariera. – postanowił Lou.
- Tommo! On ma cztery lata, a ty mu mówisz o szkole?! Jesteś okrutny. – stwierdził przechodzący obok Zayn.
- Jeżeli będzie takim uczniem jak jego tatuś, to Jennifer dużo się nasłucha na temat niegrzecznego synka. – zaśmiał się Styles.
- Hazz, nie chcę nic mówić, ale to twoje córki terroryzują dom. – zaśmiał się Payne.
- To nie moja wina. Agatha jest nadpobudliwa, to po niej. – bronił się.
- Ależ oczywiście. – zachichotał Malik.
Kiedy dziewczyny ustawiły wszystko na stołach i usadziły dzieci, zawołały swoich nieogarniętych chłopców. Po powrocie Ruth i Nialla nadszedł czas na coroczny rytuał…
~*~
- Dokładnie pięć lat temu oficjalnie stałem się posiadaczem najpiękniejszej i najwspanialszej żony na świecie. Nie będę mówił jak bardzo żałuję starych błędów, ale skupię się raczej na tym, co naprawdę ważne. Ta kobieta dała mi dwójkę wspaniałych dzieci. Harry i Maria są najcudowniejszymi dziećmi, jakie mógłbym sobie wymarzyć. Będę to powtarzał zawsze, bo nie wyobrażam sobie, żeby tego zabrakło. Co roku, nie tylko w naszą rocznicę, ale i w wasze, skupiamy się na tym, co wydarzyło się przez ten rok. Nie ukrywajmy, było ciężko. Na szczęście wspólnie daliśmy radę. Nie mógłbym mieć lepszych przyjaciół, tego jestem pewien. Nie przypadkowo wzięliśmy ślub 23 lipca, ale wy to przecież wiecie. Podwójna rocznica. W każdym bądź razie, chciałbym wam podziękować. Za całe wsparcie, jakim obdarzaliście nas od początku, za każdy kubeł zimnej wody na głowę, kiedy przesadzałem, za każde ciepłe słowo kierowane w naszym kierunku. Powtarzam to co roku, ale powiem jeszcze raz. Kocham was wszystkich niesamowicie. – zakończył swój monolog Louis.
- Ja tak w zasadzie nie mam co dodawać. Od pięciu lat noszę cholernie zobowiązujące nazwisko i chyba nie jest tak źle. Daje radę, prawda? – zapytała Jennifer, na co towarzystwo zachichotało. – Przyjmijmy, że tak. Więc... Skoro Louis podziękował, to ja chciałabym przeprosić. Za każde nieporozumienie, za kłótnie i wszystkie złe rzeczy, które działy się z naszej winy. Wiem, że często błądziliśmy, ale byliście z nami, więc szybko znaleźliśmy właściwą drogę. Kocham was. – powiedziała ocierając łzę z policzka. – Jesteście moją rodziną i zawsze będę robiła wszystko, żebyśmy byli szczęśliwi. Jesteście niezastąpieni. Tak bardzo się cieszę, że was mam... – więcej nie była w stanie powiedzieć, bo się popłakała. Louis objął ją i sam poczuł napływające do oczu łzy.
- A ja chciałbym powspominać tych, którzy odeszli... – stwierdził Niall nerwowo przygryzając wargę. Minęło kilka lat, a on nadal miał ten sam nawyk. – Andy...
- Mogę ja? – zapytał Liam, który czuł potrzebę wypowiedzenia się o jego przyjacielu. Kiedy Niall skinął głową, Payne wziął głęboki oddech i zaczął. – W tym roku straciliśmy członka rodziny. Andy był, cholera… Andy jest naszym bratem. Bez względu na to, że nie ma go z nami, zawsze będzie w naszych sercach. Zapamiętamy go jako szalonego, wiecznie młodego chłopaka, który miał na włosach kilogramy lakieru do włosów. Nigdy nie zapomnę o tym, że był ze mną mimo tego, że stałem się sławny i rozpoznawany. On zawsze pozostał tym samym Andym, co wcześniej. Tamten dzień... Zabrał nam brata. Pijany kierowca pozbawił go życia. Andy opuścił nas. Wyszedł na imprezę i nie wrócił. Nie pojawił się w progu z pijackim uśmiechem na twarzy. Nie, odszedł. Na zawsze. – Liam nie potrafił dłużej hamować swoich łez. Rozpłakał się jak dziecko. Margo wtuliła się w niego również szlochając.
- Tak, to prawda. Andy był wspaniały. – przytknął Zayn.
- Ale jest jeszcze jedna osoba, o której chciałabym wspomnieć. – powiedziała Jennifer, a wzrok wszystkich przeniósł się na nią. – Eleanor. – niemal wyszeptała. Kiedy zapanowała całkowita cisza, dziewczyna zaczęła mówić. – Może wam się wydawać, że mam jej za złe wszystko, co mi zrobiła. Nie, to nie tak. Jestem jej wdzięczna. Gdyby była tutaj, na pewno podziękowałabym jej. Zawdzięczam jej wszystko, co teraz mam. Rodzinę, przyjaciół... To, że tu jestem... Eleanor przegrała walkę z chorobą, ale rozmawiałam z nią kilka dni przed jej śmiercią. Marzyła o tym. Wiem, że teraz jest szczęśliwsza. Mam nadzieję, że patrzy na nas i czuwa. Obiecała mi to. Obiecała dbać o nas i troszczyć się o moje nienarodzone dziecko... Chciałabym ją uściskać. Teraz nie mogę tego zrobić i właśnie to boli najbardziej. Tyle czasu zmarnowałyśmy na nienawidzeniu siebie nawzajem, że nie zdążyłyśmy się poznać. Jej ostatnie miesiące życia spędziła z nami, więc też należała do rodziny. Jestem jej wdzięczna. Za wszystko. Eleanor, tęsknimy za tobą. Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwa... – zakończyła wpadając w ramiona swojego męża.
- Nienawidzę tych naszych rocznic. Zawsze wszyscy ryczą. Przestańcie bo jeszcze ja zacznę! – powiedział Harry, po czym został szturchnięty łokciem przez Agathę.
- To może teraz podziękujemy za dzieci? – zapytał Malik, który położył dłoń na brzuchu Valentine.
- W takim razie ja zacznę. – powiedziała Agatha. – Chciałabym podziękować za dwie wspaniałe córki, które są identyczne jak Harry. Może są nieznośne jak ja, ale nie zamieniłabym ich. Każdego dnia, kiedy na nie patrzę zdaję sobie sprawę z tego, jak wielką szczęściarą jestem. Wielki Harry Styles wybrał mnie i mamy dwójkę cudownych dzieci. Kocham cię Hazz. Najbardziej na świecie. – powiedziała całując go delikatnie.
- Ja dziękuję za wspaniałą żonę i córki. Trzy najważniejsze kobiety w moich życiu są ze mną. Nie wiem jak wyglądałoby życie puszczalskiego Harry’ego Stylesa, gdyby nie Agatha. Zmieniła mnie i wydoroślałem. Od dwóch lat jestem dumnym mężem, a od trzech beznadziejnym ojcem. Ciągle się uczę. – zaśmiał się. – Ale kocham was strasznie. – zwrócił się do swojej kobiety i siedzących obok niej córek po czym uściskał je.
- Ja tak w sumie to mam mało do powiedzenia. Ruth i Drew to moje dwa oczka w głowie. Zdradzę wam sekret. Myślimy nad drugim dzieckiem, ale i tak wiemy, że prędzej czy później wpadniemy. – zachichotał Horan. – Myślę jednak, że powinienem podziękować za szansę życia z Ruth. Każdy pamięta, że mało brakowało, a zabrakłoby mnie tutaj. Jestem wdzięczny, że mimo wszystko mogę tu być z najcudowniejszym synem i żoną pod słońcem. – uśmiechnął się biorąc na ręce trzy i pół letniego Drew.
- Ja chciałabym podziękować Jennifer. – zaczął Zayn. – Gdyby nie ona, nie miałabym cudownej narzeczonej, syna i dzieci w drodze. Dziękuję za telefon, który wtedy do mnie wykonałaś. Dzięki tobie jestem teraz najszczęśliwszy na świecie. Za trzy miesiące na nowo będę znosił płacz po nocach. – zaśmiał się. – Kiedy zaczynaliśmy karierę, byłem pewny, że nigdy nie znajdę tej odpowiedniej dziewczyny. Myliłem się. Grała na gitarze pod Milkshake City i czekała aż ją znajdę. Z małą pomocą Jennifer, udało mi się. Valentine, Javaad, dzieciaki... Kocham was. – uśmiechnął się czule głaskając brzuch swojej narzeczonej.
- Ja tylko chcę podziękować za to, że dostałem szansę bycia ojcem. Margaret jest w ciąży. Za osiem miesięcy pojawi się nowy szkrab, ale tym razem o nazwisku Payne. Dziękuję Margo, kocham cię kochanie. – powiedział całując ją w czoło.
- Dobra koniec! – postanowiła Ruth. – Jen, Lou. Mamy coś dla was. Od całej rodzinki.
Niall wstał z miejsca i poszedł do domu przynosząc zapakowany prezent przypominający obraz. Jednak nie był to zwykły podarunek.  
- To coś wykonanego specjalne dla was. – stwierdziła Valentine.
- Mam się bać? – zaśmiał się Louis.
- Nie sądzę. – uspokoiła go Agatha. – Jen, tylko nie płacz.
- Ja zawsze płaczę. – stwierdziła brunetka.
- Więc... To od nas, dla was. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Długo szukaliśmy czegoś odpowiedniego. – powiedział Harry, który zabrał od Nialla prezent i wręczył go Lou.
Tomlinson zawołał dzieciaki, aby pomogły mu ściągnąć papier ozdobny. Nie miały z tym problemów. Po chwili ich oczom ukazał się wielki obraz, na którym znajdowała się cała ich rodzina. Wszystko było tak jak w tym momencie. Ciężarna Valentine, dzieci, nawet ich wygląd. Do tego wygrawerowana data na ramie. Perfekcja. Ktoś musiał się napracować. Louis nie mógł wydusić słowa, a jego żona płakała w ramionach Agathy.
- To jest... Piękne. – stwierdził przyglądając się obrazowi. – Dziękuję. Cholera, jesteście cudowni. – powiedział ściskając swoich przyjaciół.
- Dziękuję. Kocham was. – wydukała przez łzy Jennifer.
- Oh nie ma za co! – zaśmiał się Harry tuląc „szwagierkę” do siebie.
- Już popłakaliście wystarczająco? Możemy zjeść? – zapytał Niall na co wszyscy wybuchli śmiechem.
Kiedy towarzystwo się ogarnęło i zaczęło grillowanie, Zayn podniósł się z miejsca ze szklanką piwa w ręce uciszając ich stukając w szkło łyżeczką.
- Chciałabym wznieść toast za naszą cudowną parę!
- Wznosisz toast szklanką piwa, byś się wstydził. – stwierdził Liam.
- To mało istotne! W każdym bądź razie. Mam nadzieję, że te 5 lat to dopiero początek i czeka was jeszcze co najmniej 50 wspólnych wiosen. Kocham was. – powiedział uśmiechając się słodko.
- Ja dodam coś od siebie! Jennifer, masz dbać o mojego mężczyznę, ale o tym już mówiłem ci 5 lat temu. Teraz tylko przypominam. Szczęścia miśki. – zaśmiał się Styles.
- Ktoś ma coś jeszcze do dodania? – zapytał Niall. – Nie? W takim razie ja się dołączam.
- Jak my wszyscy. – dodała Valentine.
- A więc… Za Tomlinsonów!

I wszyscy żyli długo i szczęśliwie…

The End
~~~~~~~~~~~~

Kto ryczy ze mną? ;( Cholera.. To koniec. Rozumiecie to? Bo ja nie. To takie faken smutne.. Niestety. Coś się kończy, coś zaczyna. Ten blog od początku był tak zaplanowany. Nigdy nie zaczynam pisać bloga, jeśli nie mam pomysłu na całość, więc w tym wypadku nadszedł czas na pożegnanie. Nie chcę sie z nim żegnać.. Cholera, to takie złe i takie niewłaściwe. Mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe. Naprawdę wolałam zakończyć to na "wysokim" poziomie, niż ciągnąć to bez sensu dalej. Ja osobiście jestem zadowolona z każdego napisanego tu słowa. Mimo wszystko mam dla was newsa tutaj! Na tym blogu będę zamieszczać moje jednoparty. Myślę, że jeden punkt w tamtej notce was zaciekawi. Kurczaczki, tak cholernie wam dziękuję. Wszystkim. Tym którzy komentowali i tym, którzy tego nie robili też. Tym, którzy mnie wspierali na gg/tt i tym, którzy mnie krytykowali. To wszystko tak cholernie dużo dla mnie znaczy, że sobie nie wyobrażacie nawet. Jestem w chuj dumna z siebie. Ponad 120 tys. odwiedzin bloga.. Wow. To wszystko dzięki wam. Każde napisane tu słowo dedykuję wam. Wszystkim. To co robię, jest dla was. Gdyby nie wy, nie byłoby mnie tutaj. Total Eclipse to moje największe osiągnięcie. Jestem szczęśliwa. Mam tylko nadzieję, że Like A Connonball spodoba wam się w podobnym stopniu, co TE. Byłabym wdzięczna, gdybyście towarzyszyły/li w prowadzeniu tego bloga. Jest dla mnie strasznie ważne... Bardzo ambitna i bolesna historia, ale myślę, że zasługuje na troszkę uwagi. Niestety.. New Beginning zostaje zawieszone na czas nieokreślony. Życie w szkole z internatem i te sprawy... Kocham was cholernie mocno. Każdy komentarz motywował mnie do pracy. Strasznie smutno zrobiło mi się, kiedy ktoś napisał, że osiadłam na laurach. Nie, taki był plan. To w chuj smutne, ale tak miało być od początku. Przepraszam jeśli kogoś zawiodłam. Nie chciałam. 

Pytania tutaj!
Follow me on Twitter!

Bye bye Total Eclipse... I will love you forever. ;')
Your Dee.


sobota, 1 września 2012

With you, till the end...


Soł... Mój Larry shot. Ma 2946 słów i pewnie dużo błędów, ale pisałam go płacząc i wgl. Musiałam, po prostu musiałam to napisać. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Dedyk dla Mariki, która jest wspaniała! <3 Love you lots!
SHOT NIE MA ZWIĄZKU Z OPOWIADANIEM!

Przy czytaniu włącz koniecznie: http://www.youtube.com/watch?v=o6EiVTNvG9k
Enjoy!
____________________________________________________________

- Tak Nick, za chwilę będę. – powiedział Harry kończąc połączenie.
Ten dzień zapowiadał się tak poprzednie. Niesamowicie ciężko. Kolejny raz młody piosenkarz musiał założyć maskę, aby wszystko to, co ukrywa, nie ujrzało światła dziennego. Wyszedł z łazienki ubrany najnormalniej na świecie. Zwykły szary t-shirt i ciemne spodnie. Szybko poprawił swoje włosy i ruszył do kuchni, żeby zjeść cokolwiek. Ostatnio nie miał apetytu. Jadł jedynie jakieś owoce, żeby nie zasłabnąć. Za dużo stresu, za dużo udawania. Oparł się o blat kuchenny konsumując winogrona, które kupił poprzedniej nocy. Czy to dziwne, że kojarzyły mu się z Lou? Zawsze podczas wspólnych wypadów do Tesco, kupowali dwa opakowania i robili zawody na to, kto zje ich więcej. Czasem po prostu karmili się nimi nawzajem, albo rzucali sobie do ust. Zwykły owoc, a jak cieszył. Jeszcze jakiś czas temu wpadłby do sypialni swojego przyjaciela i obudził go czułym pocałunkiem, ale nie tym razem. Już od dawna im się psuło. Cały czas tylko utwierdzali się w fakcie, że dla dobra zespołu powinni odpuścić. Powinni przestać próbować. To bolało. Harry czuł ból, który rozsadzał go od środka. Cierpiał i płakał nocami nad swoim losem. W końcu nie każdy okłamuje samego siebie. Hazza poczuł wibrację telefonu. Wyświetlacz wskazał jedyną osobę, która interesowała się nim w ostatnim czasie. Nick.
- Harry, jeśli jeszcze nie wyjechałeś to nie jedź tam gdzie zawsze, przyjedź do mojego mieszkania, dobrze?
- Tak, nie ma sprawy. – powiedział lekko przygnębiony.
- Kochanie, jesteś smutny?
- Raczej zmęczony.
- Możesz zostać w domu, nie musimy się dziś widywać jeśli źle się czujesz. Mogę przyjechać i się tobą zająć jeśli tylko chcesz. – powiedział niezwykle troskliwym głosem.
- Nie, jest w porządku. Chcę do ciebie pojechać. Louis siedzi dzisiaj w domu. Nie chciałbym, żeby doszło do waszej konfrontacji.
- O czym ty mówisz? Przecież on już dawno przestał się tobą interesować.
Zabolało. Dla Harry’ego miesiąc to wcale nie było tak dawno. Czuł, że gdyby tylko Louis chciał, to byliby w stanie odbudować wszystko, co zburzyli. Czuł się fatalnie po tym, co powiedział Nick. Nagle zachciało mu się płakać i nie potrafił się uspokoić. Po chwili z pokoju wyłonił się Lou, który posłał mu obojętne spojrzenie i podszedł do lodówki wyciągając z niej dzbanek soku pomarańczowego.
- Em.. Masz rację. – westchnął. – Przyjadę, czekaj na mnie.
- Będę czekał. Kocham cię Harry.
Rozłączył się. Nie przeszłoby mu przez gardło kolejne kłamstwo. Nie kiedy obok niego stał Louis.
- Wychodzisz gdzieś? – zapytał z zainteresowaniem przyglądając się mu.
- Tak, jadę do Nicka. Nie będzie mnie, więc jeśli chcesz zaprosić Eleanor to się nie krępuj. Nie będę wam przeszkadzał. – powiedział chcąc udać się w stronę drzwi, ale głos Tomlinsona go sparaliżował.
- Myślałem, że spędzimy ten dzień razem. Wiesz, jak kiedyś. Harry Potter i te sprawy. – westchnął. – Ale skoro już umówiłeś się z nim...
- Wybacz, ale spędzenie z nim czasu jest dla mnie ważne. Korzystam z każdej wolnej chwili, żeby go zobaczyć, więc dziś też wrócę późno. – powiedział stojąc do niego tyłem.
- Cóż za poświęcenie dla przyjaciela. Jestem pod wrażeniem. – odpowiedział lekko bezczelnie, ale Harry wiedział jak go zgasić. Dwa lata zrobiły swoje, więc znał go na pamięć.
- My już od jakiegoś czasu nie jesteśmy tylko przyjaciółmi. – odwrócił się do niego przodem i posłał mu obojętne spojrzenie.
- Co m-masz na myśli? – zajęknął się lekko.
- Ja i Nick jesteśmy razem. – odpowiedział pewny siebie. Jednak głos mu się załamał. Nie wytrzymał presji.
- A-ale. – zaczął Lou.
- Nie zmienisz tego, Louis. Nick jest moim chłopakiem, a ty sobie z tym poradź. – odpowiedział i hamując łzy wybiegł z domu chwytając kluczyki od auta.
- Harry... – wydusił z siebie starszy chłopak, kiedy Styles zniknął w drzwiach.
Żałował. Żałował wszystkiego co wydarzyło się przez ostatni miesiąc. Był wściekły na siebie, że odtrącił go od siebie, kiedy ten pewnego dnia pragnął publicznie go objąć. Nienawidził siebie za to, że zrobił mu o to awanturę, kiedy wrócili do domu. Nagle zapragnął cofnąć czas i odzyskać każdą straconą okazję, żeby go pocałować. Zawsze był tchórzem, ale teraz przez swój strach stracił jedyną osobę, na której naprawdę mu zależało. Nauczył się udawać, że tak nie jest. Skoro potrafił przekonać niektórych ludzi, że kocha Eleanor prawdziwą i szczerą miłością, to dlaczego miałoby nie udać się okłamać Harry’ego? Tak wydawało się prościej. Oszukać go i udawać, że już nic ich nie łączy. Wiedział, że go ranił. Słyszał jego nocny płacz i gryzł pięści, żeby nie pójść i nie przeprosić. Wiele razy sam po prostu siadał na podłodze i ryczał jak dziecko. Za ścianą jego szczęście marzyło o śmierci, a on był zbyt wielkim dupkiem, żeby postawić się tym, którzy stawali im na drodze. Zawsze tak było, że to Harry walczył o ich wolność. Robił prowokujące tatuaże i w oczywisty sposób pokazywał, że Lou nie jest mu obojętny. Miał gdzieś zasady, dlatego to Louis musiał odpracowywać jego błędy. Im bardziej Hazz się stawiał, tym więcej czasu Tommo musiał spędzać z Eleanor. Lou nienawidził go za to. Wielokrotnie prosił, żeby przestał za wszelką cenę pokazywać światu, że jest gejem i po prostu cieszył się tym, co mają będąc w domu, ale Harry nie zamierzał tego robić. Nie rozumiał, że jego chłopak za to płaci. Każdy „pocałunek”  z Eleanor kosztował go bardzo dużo. Kiedy wracał do domu po bardzo ciężkim dniu, marzył jedynie o tym, by wpaść Harry’emu w ramiona i przeprosić za to, co w najbliższym czasie ujrzy w internecie i czasopismach. Tak też robił. Wchodził do domu z płaczem, bo nie miał siły dłużej tego ciągnąć. Na szczęście od razu po przekroczeniu progu, Styles pojawiał się przy jego boku i nie pozwalał upaść. Pozwalał znaleźć mu schronienie w swoich silnych ramionach i trzymał go w nich, dopóki nie przestał płakać. Louis przepraszał. Tysiące razy przepraszał za to, co musi przeżywać Harry. Za to, że musi widzieć jak Eleanor trzyma jego dłoń zamiast niego. Za to, że to ona dotyka swoimi ustami jego warg publicznie, zamiast niego. Za to, że musi czytać tweety, w których to jej wyznaje miłość zamiast jemu. Przepraszał, bo czuł, że powinien. Czuł, że Harry zasłużył na więcej niż mu daje, ale dziękował mu za każdym razem, że nadal jest. Właśnie tak było do pewnego czasu. Dwaj oddani sobie, zakochani chłopcy. Niestety w pewnym momencie coś pękło. Niewidzialna nić, która trzymała ich przy sobie, rozerwała się. Z dnia na dzień stali się sobie obcymi ludźmi. Wystarczyła jedna kłótnia. Jedna bezsensowna wymiana zdań w studio, a wszystko o co walczyli, przepadło. Tak po prostu. Pękło jak bańka mydlana. Zaczęło się niewinnie. Harry przytulił Lou, ale w tym momencie do środka wszedł Marco. Nie był zadowolony, że czują się tak swobodnie przy chłopcach i osobach, które tam pracowały. Louis zastosował się do ostrzeżeń. Harry nie zamierzał. Kiedy mężczyzna opuścił pomieszczenie, Hazz ponownie zechciał trzymać starszego chłopaka w swoich ramionach. Zayn nie wytrzymał. Wyszedł zostawiając ich z pytaniami, na które nie znali odpowiedzi. Liam i Niall wiedzieli co jest grane. Delikatnie wytłumaczyli swoim kumplom, że Zaynowi jest trudno pracować, kiedy oni nie szczędzą sobie czułości. Najmłodszy chłopak był zły. Opuścił studio wcześniej niż wszyscy. Zaszył się w mieszkaniu oglądając Titanica już setny raz. Kiedy jego chłopak wrócił, wyłączył mu telewizor chcąc porozmawiać. Zakończył to. „To nie ma sensu. Rujnujemy zespół. Musimy wybrać co jest dla nas ważne, a ja nie zostawię chłopaków.” – właśnie takich słów użył. Świat Stylesa skończył się w momencie, kiedy Lou opuścił ich wspólną sypialnię. W tym momencie żałował. Żałował, że do tego doszło. Żałował, że podjął decyzję za nich obu. Teraz jednak było za późno. Jego szczęście uciekło do kogoś innego. Zrezygnowany usiadł na podłodze i ukrył twarz w dłoniach.
- Będę o ciebie walczył. – mówił sam do siebie. – On mi cię nie zabierze. Nie pozwolę na to...

Harry przez całą drogę do Nicka, powstrzymywał łzy. Nie sądził, że „rozmowa” z Lou będzie taka ciężka. Chciał zostać z nim i oglądać filmy, ale nie mógł. Louis zranił go i nie zamierzał mu wybaczać. Teraz był w związku. Miał chłopaka, który go kochał i był w stanie zrobić dla niego wszystko. Hazza czuł się wyjątkowy. Nick zawsze stawiał jego potrzeby nad swoje i nigdy do niczego go nie zmuszał. Był czuły i troskliwy. Niestety żadna z tych cech nie pomagała Harry’emu zapomnieć o wszystkim, co przeżył z Tomlinsonem. Każde odwiedzone miejsce kojarzyło mu się z nim. Każde zachowanie Nicka przypominało mu, jak bardzo rożni się od osoby, którą kocha. Jak bardzo był inny niż Lou. Było mu trudno. Każde spotkanie uświadamiało Harry’ego w fakcie, że jest  w niewłaściwym miejscu. Tak samo było tym razem. Szedł schodami kamienicy podążając do mieszkania swojego chłopaka. Kiedy dotarł, zapukał dwukrotnie, a w drzwiach po chwili pojawił się on. Wysoki mężczyzna o ciemnych włosach, z dwudniowym zarostem. Harry nawet nie zdążył nic powiedzieć. Nick pociągnął go za rękę i przyparł do ściany, składając na jego ustach zachłanny pocałunek. Styles nienawidził tego. Marzył, żeby to usta jego byłego, namiętnie wpijały się w jego wargi. Tak jednak nie było. Niepewnie odwzajemnił pocałunek, ale Nick wyczuł jego wahanie.
- Co się dzieje? – zapytał troskliwie gładząc ręką jego policzek.
- Louis. – wydukał jedynie odwracając wzrok.
- Co znów zrobił? – wycedził zirytowany zaciskając jedną pięść. Reagował tak za każdym razem, kiedy Harry przez niego cierpiał.
- Nic. Dowiedział się o nas. Po prostu. – odpowiedział wymijając go i siadając na kanapie, która była świadkiem wielu niechcianych przez Harry’ego pieszczot.
- To nie powinno mieć dla ciebie znaczenia. Prędzej czy później i tak by się dowiedział. Nie mogłeś ukrywać tego w nieskończoność. Jest zły? Pokłóciliście się? – przysiadł się do niego obejmując go ramieniem. – Obraził cię?
- Nie. Nic z tych rzeczy. Po prostu... Był zdziwiony i jakby... smutny. – powiedział tępo patrząc się w przestrzeń.
- Harry spójrz na mnie. – chwycił jego podbródek. – Jeśli chcesz tam wrócić, to jedź. Wiesz, że chcę twojego szczęścia. – rzekł przygnębionym tonem.
- Nie wrócę tam. Jestem z tobą. On mnie zostawił. Zakończył to jak jakąś grę, która dla niego nie miała znaczenia. Nienawidzę go za to, co mi zrobił. Nienawidzę go za to, że zabawił się mną. Nie znaczy dla mnie kompletnie nic. Liczysz się ty. Nie jakiś frajer z Doncaster, który myśli, że może wszystko. – starał się brzmieć pewnie, ale nie wyszło mu.
- Wiem, że kłamiesz Hazz... Przestań to robić i bądź ze mną szczery do cholery! – podniósł głos wpatrując się w niego z wyrzutem.
- Chciałbym do niego wrócić. – powiedział szczerze. – Ale zdecydowanie bardziej chcę być teraz z tobą i zapomnieć o wszystkich złych rzeczach, które mi się przydarzyły. Bo ty jesteś jedynym dobrem, jakie ostatnio pojawiło się w moim życiu. – dokończył swój wywód po czym zatopił swoje usta w jego.
Czuł, że robił źle. Czuł, że to nie to. Mimo wszystko nie przestał. Wręcz przeciwnie. Usiadł mu na kolanach i przyssał się do jego szyi chcąc zostawić na niej ślad. Ten jednak go powstrzymał.
- Jesteś niegrzecznym chłopcem, Harry. – zaśmiał się pod nosem.
Harry zamarł. Louis mówił do niego w ten sposób zawsze, kiedy ten w brutalny sposób rzucał się na niego w progu, aby go całować. Poczuł się fatalnie. Wspomnienia będą go niszczyć, aż w końcu zwariuje. Bał się, że Nick to zauważył, ale tym razem się nie zorientował. Dla Harry’ego atmosfera w domu była zbyt napięta. Pragnął wyjść na zewnątrz i zaczerpnąć świeżego powietrza.
- Nick... Wyjdźmy gdzieś. Nie chcę tutaj siedzieć. – powiedział składając delikatny pocałunek na jego skroni.
- Gdziekolwiek zechcesz. – odpowiedział posyłając mu promienny uśmiech.
- A więc w drogę.

Reszta dnia minęła w miarę spokojnie. Harry starał się unikać sytuacji, które mogłyby przypominać mu o Lou, a Nick robił wszystko, żeby jego chłopak czuł się pewnie. Chodzili razem po parku jedząc lody i śmiejąc się jak idioci. Hazz uwielbiał jego towarzystwo. Był jego najlepszym przyjacielem i rozumiał go jak nikt inny. Pomagał mu wyjść z dołka, kiedy Tomlinson nawalił, więc Styles nie zamieniłby go na nikogo innego. Jedyny problem polegał na tym, że Harry nie czuł do niego nic, poza braterską miłością. Oszukiwał nie tylko samego siebie, ale i jego. Jedyną osobę, która starała się wyciągnąć go z gówna jakim była miłość do Tomlinsona, dupka, który stchórzył. Dochodził wieczór. Harry niechętnie otworzył drzwi swojego domu i odłożył kluczyki od auta na szafce. Zdjął buty i poszedł do kuchni. Panował tam totalny bałagan. Zbite naczynia i pełno zapisanych kartek. Przeraził się. „Gdzie do cholery jest Louis?” – pomyślał od razu. Stał jak sparaliżowany. Nie mógł się ruszyć. Dopiero po chwili wziął się za siebie i poszedł do salonu, gdzie wcale nie było lepiej. Stolik leżał przewrócony, wazony roztrzaskane i pełno kartek. Usłyszał cichy jęk. Doskonale znany mu jęk.
- Louis? – powiedział niepewnie krocząc na boso wśród szkła i porcelany.
- Harry...
Cichy głos doprowadził go do kanapy. Tommo leżał na ziemi skulony i zapłakany. W ręce ściskał telefon, a obok niego leżał otwarty zeszyt, z którego pochodziły wszystkie kartki. Harry nie stał jak wryty. Od razu pobiegł w jego kierunku kalecząc przy tym swoje stopy. Podniósł go i mocno przytulił.
- Louis, co się stało? Ktoś się włamał? Ukradli coś? – zapytał troskliwie głaszcząc jego plecy.
- Tak Harry. Włamał się i ukradł. – powiedział wtulając się w niego mocniej. Drżał.
- Kto? Już dobrze. Jestem tu. Powiedz mi jak do tego doszło. – pocałował go w czoło chcąc go uspokoić. Ten tylko rozpłakał się bardziej.
- Nie wiem jak to się stało. Po prostu pojawił się i zabrał. Nie pytał, czy może. Nie pytał, czy będę tęsknił. Pojawił się i zabrał. – mówił jak wariat, ale Harry był szczerze przerażony.
- Kto? Louis, cholera. Powiedz mi. – wziął go na ręce i idąc przez szkoło zaniósł go do kuchni. Usadził go na krześle i podał szklankę wody. – Kto to zrobił Lou?
- On. Nick. Pojawił się w naszym życiu i zabrał mi ciebie. Nie zapytał, czy może. Po prostu cię wziął. – powiedział ukrywając twarz w dłoniach.
Harry nagle zdał sobie sprawę z tego, że cały bałagan był robotą Lou, a nie złodziei. Tomlinson był bardzo zdesperowany. Cały czas drżał i płakał. Hazza nie wiedział co zrobić. Louis napędził mu niezłego stracha. Bał się, że ktoś się włamał i skrzywdził jego chłopaka. Tak, właśnie tak pomyślał. Nagle poczuł się, jakby miniony miesiąc wcale nie istniał. Zapragnął rzucić się na niego i zwyzywać, że tak cholernie go przestraszył i przytulić jednocześnie mówiąc, że się martwił. W tym momencie jednak nie wiedział co powinien zrobić.
- Oh Louis... – wyszeptał niedowierzając.
Louis zszedł z krzesła i klęknął na ziemi szukając wśród kartek jednej jedynej. Znalazł. Podniósł się do pionu i wręczył ją Harry’emu.
- Co to? – zapytał wpatrując się w niego z wyraźnym zdziwieniem.
- Po prostu przeczytaj. Efekt trzydziestu dni bez ciebie. Masz ich tu setki, ale myślę, że ten ci się spodoba. – powiedział wracając na krzesło i upił łyk wody ocierając łzy z policzków.
Harry z każdym kolejnym słowem czuł coraz większą chęć rozpłakania się.
„…Ucieknijmy. Na tydzień, na dwa, na miesiąc. Tylko ty i ja. Nasz własny chwilowy raj. Zniknijmy. Nie mówmy nikomu. Po prostu trwajmy. Bez ochrony, bez zasad. Tylko ty i ja, Harry.. Tylko my i nasza miłość…”
Rozpłakał się. Doczytał do końca i chwycił następna kartkę. Ta mówiła o tym, co byłoby w stanie poświęcić, żeby z nim być. Następna z kolei zawierała 100 rzeczy, za które przeprasza. Ryczał. W tym momencie nie mógł się opanować. Nie myślał o Nicku. Nie myślał o konsekwencjach. Jedyne co zajmowało jego umysł to chłopak, który w tym momencie pisał coś na kawałku czystego papieru. Podał mu ją, gdy tylko skończył.
„Sprzeciwiłem się im. Usunąłem fragment Eleanor z naszego życia. Skasowałem zdjęcia, skasowałem tweety... Zostały tylko te konieczne. Te, które mi nakazali. Wszystkie, które wyszły ode mnie, zostały skasowane. Nie ma ich. Nie potrzebuję ich. W ich miejscu powinny być tweety do ciebie. Przepraszam.”
Harry nie wytrzymał. Podszedł do niego i przytulił. Po prostu. Wysłuchiwał przeprosin i próśb o drugą szansę. Zapomniał w tym momencie o Nicku. Obiecał, że ją dostanie. Obiecał, że tym razem dadzą radę i wytrzymają. Pocałował go. Harry potrzebował pocałować go właśnie teraz. Był to najdelikatniejszy pocałunek na świecie. Pełen miłości, wiary i zaufania. Niestety, nic nie trwa wiecznie.
- Harry, zapomniałeś okular... – po kuchni rozszedł się przyjazny głos Nicka. Nie wyglądał na zaskoczonego. Raczej, jakby się tego spodziewał. – Byłbym głupi, gdybym nie wiedział, że to nastąpi. – stwierdził i położył okulary Harry’ego na stole. Hazza nadal trzymał Lou w swoich ramionach. Patrzył na swojego przyjaciela zapłakanymi oczami. Nie musiał nic mówić. On rozumiał. – Mam nadzieję, że zrozumieliście swoje błędy. Louis, idioto uszczęśliw go w końcu, bo tylko ty możesz to zrobić.
- Odpuszczasz? – zapytał Tommo z niedowierzaniem.
- Kocham go, Lou. Chcę, żeby w końcu się uśmiechnął najpiękniej na świecie. Jest moim przyjacielem. Nigdy z tego nie zrezygnuję, ale na tym świecie jest tylko jednak osoba, której oddał swoje serce już dwa lata temu. Ty. Dbaj o to, co kocham. Mogę cię o to prosić?
- Będę dbał. Obiecuję. – skinął głową i na nowo wtulił się w Harolda.
- Przepraszam. – wyszeptał jedynie Styles.
- Nie masz za co. Serce nie sługa. Następnym razem, nie pozwalaj mu odejść tak łatwo.
- Nie pozwolę.
- Nie odejdę.
Nick posłał im ciepły uśmiech i opuścił dom. Harry mocniej przytulił Lou do siebie, a ten poddał się mu. Płakali, dopóki starczyło łez. Spojrzeli sobie w oczy z tym samym żarem, co rok temu. Louis ujął twarz Harry’ego w dłonie i otarł mokre ślady.
- Nie opuszczę cię więcej. Przysięgam.
- Nie będę próbował cię zastąpić. Przysięgam.
Louis wyciągnął z kieszeni doskonale znany im pierścień. Tommo dal go Harry’emu na walentynki, ale rzadko go nosił. Hazza na jego widok poczuł przypływ ciepła. Lou wsunął obrączkę na serdeczny palec swojego chłopaka i ucałował wierzch jego dłoni.
- Kocham cię, Curly.
- Ja też cię kocham Boo Bear…
Louis potarł kciukiem miejsce, gdzie teraz znajdował się pierścień uśmiechnął się promiennie.
- Razem. Już na zawsze.
- Z tobą, aż do końca.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Rozdział 35


                Nowy dzień. Louis obudził się tak samo jak zasnął, sam. Jennifer nie chciała spać w tym samym pomieszczeniu co Lou. Czuła się zraniona, a jego obecność w żaden sposób nie pomagała. Świadomość tego, że jego dziewczyna zajmuje pokój gościnny nie nastrajała go pozytywnie. Tęsknił. Może to tylko jedna noc, ale dla niego najcięższa ze wszystkich. Tysiące przemyśleń, setki wniosków. Spał bardzo krótko. Bezsenność odpuściła dopiero nad ranem, ale zanim zdążył się wyspać, zadzwonił budzik. Ten dzień również obiecał Eleanor. Miała pierwszy zabieg, na który bała się iść sama. Czuł się fatalnie, bo to jeszcze bardziej zrani swoją dziewczynę. Był w rozterce. Potrzebował z kimś porozmawiać. Z kimś, kto go zrozumie i nie będzie wymagał zbyt wiele. Z kimś, kto po prostu mu pomoże. Agatha. Pierwsza myśl padła na nią. Była przyjaciółką Jen jak i Lou, więc mogła znać sposób na znalezienie odpowiedniego rozwiązania. Wstał z łóżka i od razu skierował się do pokoju Harry’ego i jego dziewczyny. Zapukał cicho czekając na pozwolenie. Kiedy Haz otworzył mu drzwi, powitał go zranionym spojrzeniem, w którym kryło się ciche pragnienie bliskości przyjaciół.
- Właź Boo Bear. – wpuścił go do środka. – Co cię do nas sprowadza?
- W zasadzie to chciałem zasięgnąć rady u Agathy, ale liczę, że masz trzeźwy umysł i tez mi pomożesz.
- Do rzeczy.
- Jennifer. – powiedział nerwowo przygryzając wargę.
- Rzekłabym, że problemem nie jest Jenni, ale Eleanor. – powiedziała krytycznie Agatha.
- To nieistotne. Jen nie chce ze mną rozmawiać, a ja nie wiem jak ją przeprosić. – usiadł na fotelu wpatrując się w podłogę.
- Nie przepraszaj jeśli zamierzasz to powtórzyć. Els mówiła, że dziś też idziesz z nią. Czego oczekujesz? Że Jennifer wam pobłogosławi? Ta dziewczyna zgnoiła ją publicznie, a ty myślisz, że teraz będą przyjaciółkami? Na jakim świecie żyjesz? – zirytowała się Agatha.
- W takim razie co według was powinienem zrobić? – ukrył twarz w dłoniach. Był bezradny.
- Odpuść. To życie Eleanor i jej powinno zależeć, żeby trwało jak najdłużej. Cały czas będziesz za nią latał, kiedy stwierdzi, że leczenie nie ma sensu? Jak będzie miała 60 lat, też przybędziesz jej z pomocą bo nie weźmie tabletek o wyznaczonej godzinie? To chore. – pokiwała głową z politowaniem.
- Harry, twoja dziewczyna potrafi bez używania obraźliwych zwrotów sprawić, że czuję się jak totalny dupek. – westchnął.
- Poskutkowało? – zapytał Harry obejmując go ramieniem.
- Myślę, że wiem co powinienem teraz zrobić. Dzięki.
Posłał im przelotny uśmiech i wyszedł.
            Jennifer dzisiejszy dzień miała zamiar spędzić w pokoju. Nie miała ochoty rozmawiać z Lou, ani z nikim innym. W tym domu mieszkała tyko jedna osoba, która miała na nią jakikolwiek wpływ i był to Zayn. Traktowała go jak brata, który zawsze ma coś mądrego do powiedzenia. Jego rady zazwyczaj bardzo jej pomagały. Tak samo było tym razem. Siedziała na balkonie paląc porannego papierosa, kiedy usłyszała pukanie do drzwi. Wiedziała, że to on, więc od razu zaprosiła go do środka. Poczuła po chwili dobrze znane jej perfumy.
- Jak tam? – zapytał siadając na drewnianej ławce tuż obok niej.
- A jak ma być? – spojrzała na niego smutnym wzrokiem.
- Liczyłem, że się ogarnął i od rana błagał o wybaczenie pod drzwiami. – przyznał szczerze.
- Nic z tych rzeczy. W zasadzie to nawet nie chcę jego przeprosin. Skoro on jest pewien, że nic się nie stało to nic nie mogę na to poradzić. Poczekam aż to minie, a potem zobaczymy. – westchnęła.
- Powinnaś odpocząć. Wyjedź gdzieś, odpręż się. – zasugerował.
- Myślę, że powinnam się wyprowadzić. Oszczędziłabym i sobie, i jemu różnym krepujących sytuacji. Mógłby zająć się Eleanor. – mówiła całkowicie poważnie, co przeraziło Zayna. Nie wyobrażał sobie tego domu bez swojej przyjaciółki.
- Gdzie pójdziesz? Do Paradise? Sprzedasz się po raz kolejny? Jeśli myślisz, że ci na to pozwolę to się grubo mylisz. Chciałaś odnaleźć dziadków. Weź kogoś ze sobą i jedź. Ty i Louis stęsknicie się za sobą i po twoim powrocie nie będziecie mogli wyobrazić sobie życia bez siebie. Mówię poważnie. – spojrzał na nią zdeterminowany.
- Nie wiem sama. Zayn, zbyt dużo się ostatnio wydarzyło. Duszę się tutaj. Myślisz, że szukanie moich dziadków jest dobrym pomysłem? Wiesz... Może nie chcą mnie widzieć? – zaciągnęła się papierosem.
- Nie dowiesz się, dopóki z nimi nie porozmawiasz. Mogą albo cię nienawidzić, albo kochać. Jeśli nie chcesz ich szukać, to wyjedź gdziekolwiek. Weź wszystkie dziewczyny i zróbcie sobie krótkie wakacje, a my ogarniemy Lou. Nie chcę, żebyś się tu udusiła. Wiesz, że jesteś jak moja młodsza siostra i chcę dla ciebie jak najlepiej. – objął ją ramieniem, a ona ułożyła głowę w zagłębieniu jego szyi.
Pech chciał, że w tym momencie po pokoju wszedł Louis, który widząc jak blisko Jennifer znajduje się Zayn, wpadł w szał. Poczuł piekielną zazdrość i chęć zabicia swojego przyjaciela.
- Jedna dziewczyna to mało, co Zayn? Musisz przystawiać się jeszcze do mojej? Trzymaj łapy przy sobie, okej? – spojrzał na niego krytycznie.
Malik był zaskoczony reakcją Tommo. Zazwyczaj bywał opanowany, ale jeśli chodziło o Jen, stawał się cholernie zazdrosny.
- Louis, o co ci chodzi? Rozmawiamy. To ty wszedłeś bez pukania do pokoju, który obecnie jest mój. Gdybyś poczekał moment usłyszałbyś, że rozmawiamy o tym, co mam zrobić, żeby się tu nie udusić. – zirytowała się Jenni.
- Nie chcę wiedzieć co zobaczyłbym, gdybym poczekał jeszcze chwile. Dlatego tak bardzo się o nią troszczysz. Lecisz na nią, prawda? Ciekawe co na to Valentine, a może jest tylko kolejną zabawką Zayna Malika, którą zostawisz jak znajdziesz inną? – wysyczał przez zaciśnięte zęby.
- Louis! Do jasnej cholery uspokój się! Twój przyjaciel palił ze mną papierosa, a jeśli coś ci się nie podoba to zawsze możesz się pocieszyć w ramionach Eleanor. Czy ty w ogóle słyszysz co sugerujesz? Przyjaźnicie się przecież. Zazdrość tak bardzo zasłoniła ci oczy, że nie widzisz nic? On mi pomaga, kiedy ty latasz za swoją byłą. Nie mam pojęcia co ci odbiło, ale bez względu na twoja odpowiedź podjęłam decyzję. Wyjeżdżam.
Lou zamurowało. Jego dziewczyna chciała go opuścić. Wyjechać i zostawić go samego z bałaganem, który zrobił. Nagle zdał sobie sprawę jak bezpodstawne były jego oskarżenia. Drżał. Bał się cholernie. Była dla niego wszystkim, ale wiedział, że to on skłonił ją do podjęcia tej decyzji.
- O mój Boże... Jennifer. Przepraszam. – wyszeptał chwytając jej dłoń.
- Nie przepraszaj mnie tylko Zayna. Ja już podjęłam decyzję, a on może ci wybaczy te wyssane z palca oskarżenia. – powiedziała i opuściła pokój trzaskając drzwiami.
- Gratuluję wyobraźni Tomlinson. – zakpił Malik wpatrując się w swojego kumpla. – Dobrze wiesz, że tratuję ją jak siostrę i powinienem w tym momencie złamać ci nos, bo znów przez ciebie cierpi, ale wiesz co? Nie zrobię tego. Cierpienie wewnętrze jest bardziej bolesne. Zastanów się co jest dla ciebie naprawdę ważne zamiast doszukiwać się jej błędów. – skierował się do drzwi. – Odezwij się jak będziesz miał coś innego niż podejrzewanie mnie o dobieranie się do twojej dziewczyny.
Wyszedł. Louis dzisiejszego ranka myślał, że gorzej być nie może, mylił się. Może.
            Jennifer nie musiała długo szukać towarzysza na swoją wyprawę. Agatha sama zaproponowała, że odpocznie od widoku Eleanor i Lou. Harry nie był zadowolony, ale po dłuższym czasie stwierdził, że Jen potrzebuje kogoś, kto pomoże jej się pozbierać. Agatha była w tym mistrzem. Sama dużo przeszła, więc miała doświadczenie w problemach różnego rodzaju. Jednak na jej szczęście, Hazza nigdy nie próbował jej zdradzić. Była dla niego idealna pod każdym względem i nie wyobrażał sobie chociażby sypiać z inną kobietą. Agatha spełniała jego najśmielsze fantazje, więc nie myślał nigdy o innej. Była jego jedyną. Louis jednak miał zbyt dobre serce. Mimo bólu, jaki zadała mu Eleanor, on nadal ślepo wierzył, że nie oczekuje od niego niczego poza wsparciem podczas leczenia. Jennifer nie chciała mieć mu tego za złe, ale cierpiała. Musiała odpocząć, a urlop z Agathą wydawał się być kuszącą perspektywą. Postanowiła odnaleźć dziadków i odpowiedzieć sobie na dręczące ją pytania. Całe życie zastanawiała się co skłoniło jej babcię do tak drastycznych środków jak wyrzucenie swojej córki z domu. Maria nigdy nie udzieliła jej odpowiedzi na to pytanie. Nie chciała rozbudzać nienawiści w młodym sercu Jennifer. Z biegiem czasu zaczęła rozumieć coraz więcej i dotarło do niej co takiego zrobiła jej babcia, jednak powód był jej nieznany. Miała do niej żal, że musi wychowywać się w takich, a nie innych warunkach. Była zdeterminowana. Postanowiła sobie, że bez względu na wszystko odnajdzie ich i dowie się prawdy. Zdawała sobie sprawę z tego, że mogą jej nienawidzić, ale miała nadzieję, że wszystko skończy się dobrze. Dziewczyny zdecydowały się na podróż pociągiem. Pakowanie nie zajęło im dużo czasu, więc postanowiły wyjechać z samego rana. Louis do końca dnia siedział jak poparzony. Nie chciał nic jeść, ani z nikim gadać. Zrezygnował z wyjścia z Eleanor. Zaszył się u siebie i pogłębiał się w swoim smutku. Czuł, że jakaś jako część, jutro go opuści. Miał złe przeczucia. Za wszelką cenę chciał ją zatrzymać, ale po porannym incydencie, Jen nie chciała z nim rozmawiać. Bez słowa przyglądał się jak wynosiła z ich pokoju swoje rzeczy. Cierpiał. Perspektywa kolejnej samotnej nocy sprawiła, że podjął kolejną próbę. Poszedł do pokoju, który aktualnie zajmowała Jen i zapukał dwukrotnie. Usłyszał jej cichy głos, który pozwolił mu wejść. Uchylił drzwi i zobaczył jak jego dziewczyna ociera łzy z twarzy. Płakała przez niego. Nie zniósł tego widoku. Podszedł do niej i mocno przytulił. Wiedział, że to nie wyraża wszystkiego, co chciałby jej powiedzieć, ale skutkuje. Dziewczyna wtuliła się w niego cicho płacząc.
- Jennifer, przepraszam. Zachowałem się jak dupek. – wyszeptał.
- Nic nie mów. Tylko bądź tu ze mną, a nie z nią. – prosiła.
- Jestem z tobą i będę jeśli tylko dasz mi jeszcze jedną szansę. Wiem, że wiele razy zawaliłem, ale zrobię wszystko, żeby więcej nie popełniać tych błędów.
- Lou, ja wyjadę. – powiedziała patrząc mu prosto w oczy.
- Dlaczego? Chcesz żebym umarł z tęsknoty? – otarł kciukiem łzy płynące po jej policzkach.
- Odnajdę dziadków, odpoczniemy. Zayn uważa, że dobrze nam to zrobi. Ty będziesz miał czas pomóc El, a ja w końcu zrobię to, o czym myślałam od dawna. – uśmiechnęła się smutno.
- Ah, Zayn... – zaczął. – Mam złe przeczucie. Wiem, że coś się stanie. – przygryzł nerwowo wargę.
- Wszystko będzie dobrze. – przekonywała go. – Pozwól mi. Nie chcę robić niczego, czemu jesteś przeciwny. Będzie mi lżej jeśli powiesz, że to dobry pomysł.
- Zgodzę się pod jednym warunkiem. – spojrzała na niego pytająco. – Nie każ mi znów spać samemu. Wróć na noc do naszej sypialni.
- Czekałam aż o to poprosisz.
            Ta noc była im potrzebna. Rozmawiali do trzeciej w nocy. O wszystkim. O przyszłości, o błędach, o dzieciach. Każde z nich miało swoją własną wizję, jednak w obu liczyło się to, żeby tylko byli razem. Dużo razem przeszli, więc marzyli tylko o spokoju. Wiedzieli, że praca Lou jeszcze nie raz ich rozdzieli, ale poradzą sobie. Wierzyli w to. Rano nadszedł czas na pobudkę. Jen niechętnie uwolniła się z ramion swojego chłopaka i poszła do łazienki. Po godzinie była gotowa. Agatha zasygnalizowała, że również nie ma nic więcej do roboty, więc przyszedł czas na pożegnanie.
- Naprawdę nie chcecie, żebyśmy was odwieźli? – zapytał Harry.
- Poradzimy sobie. Taksówka już na nas czeka. – odpowiedziała jego dziewczyna. – Do zobaczenia. Bądź grzeczny. – pocałowała go delikatnie i poszła zanieść walizkę do samochodu.
- Jen, zadzwoń jak dojedziecie. – poprosił Zayn.
- Na pewno dam znać, nie martwcie się. – puściła mu oko.
- Trzymaj się siostrzyczko. – uściskał ją przyjaźnie narażając się na wrogie spojrzenia Tommo, ale o dziwo ten był spokojny.
- Dzięki za wszystko braciszku.
- Ejejejej! Jedziesz na kilka dni, nie na zawsze. – powiedział zbulwersowany Lou.
- Kochanie, a co jeśli mi się tam spodoba i postanowię zostać? – zaśmiała się Jen, a Louis zbladł. – Żartowałam. – podeszła do niego całując go czule. – Masz być grzeczny i słuchać się Zayna. Ufam ci i liczę, że dotrzymasz wczorajszej obietnicy.
- Jasne, że dotrzymam. – przyciągnął ją do siebie. – Wracaj szybko. – złożył na jej ustach kolejny pocałunek.
- Do zobaczenia. – powiedziała do wszystkich i opuściła dom.
            Droga minęła im spokojnie. Jednak przez całą podróż, Jen doskwierał ból brzucha. Denerwowała się, Musiała jednocześnie myśleć o tym, co robi jej chłopak i o znalezieniu dziadków. Nie wiedziała w jakiej miejscowości mieszkali. Jednym znanym jej faktem było to, że leżało niedaleko Glasgow. Musiała przeglądać stare dzienniki swojej matki w poszukiwaniu chociażby wzmianki o jej rodzinnej miejscowości. Bez skutku. Dopiero ostatni notes był podpisany wraz z datą i miejscem. Wszystko wskazywało na to, że Jen mogła zacząć poszukiwania. Zameldowały się w hotelu, który wybrał dla nich Harry i wzięły prysznic. Każda minuta przybliżała Jennifer do spotkania z dziadkami. Nie mogła usiedzieć na miejscu.
- Denerwujesz się? – zapytała Agatha.
- Cholernie. Z tego wszystkiego aż źle się poczułam. Od wczoraj nie myślę o niczym innym tylko o tym jak to będzie wyglądało. – chodziła nerwowo po pokoju.
- Usiądź, odpręż się. Mogę zejść na dół, kupię ci drinka czy coś. Hm? – zasugerowała.
- Nie, dzięki. Chyba się zdrzemnę. Wyjedziemy jutro z samego rana, ok?
- W porządku. Idź spać, ja zadzwonię do Harry’ego.
            Noc minęła spokojne. Niestety wszystkie nerwy zaczęły się rano. Odpowiedni strój, makijaż i masa stresu. Jen wiedziała, że ich odnajdzie, ale cholernie się bała. Nie potrafiła przewidzieć tego, co mogłoby się wydarzyć. Na szczęście tabletka na uspokojenie pomogła jej opanować drżenie rąk. Po opuszczeniu hotelu wsiadły w taksówkę, która zawiozła je na dworzec. Czekała je jeszcze niedługa podróż pociągiem. Bearsden było spokojnym miasteczkiem, które zachęcało swoim wyglądem. Jennifer poczuła się tu jak w domu, mimo tego, że nigdy wcześniej jej noga tu nie stąpała. Miała przed sobą misję. Zaczepiała przechodniów pytając gdzie znajdzie dom państwa Stones. Niektórzy ludzie nie wiedzieli o kim mówi dziewczyna, więc zdeterminowana kroczyła naprzód. Dopiero pewna staruszka wskazała jej ulicę, którą powinna podążać. Tak też zrobiła. Wokoło znajdowało się dużo wypasionych domów z basenami i ogrodami. Na podjazdach stały Ferrari, a wszystko było monitorowane. Bogata dzielnica. Na końcu ulicy, tak jak opisywała kobieta, stał wielki, kanarkowy budynek wyglądem przypominając willę. Z ust Jennifer wydobyło się tylko krótkie „wow”. Od razu wróciło wspomnienie dzieciństwa w ubóstwie. Jej dziadkowie żyli w luksusach, a ona ze swoją matką walczyła o przetrwanie. Nie mogła tego pojąć. Była bardzo zdenerwowana. Trzęsły jej się ręce i bolała ją głowa. Chyba nigdy wcześniej nie bała się czegoś tak bardzo, jak teraz.
- Widzę, że źle się czujesz. Dasz radę czy wracamy? – zapytała Agatha patrząc na nią pocieszająco.
- Nie po to tu przyjechałam, żeby teraz wrócić. Albo mnie wpuści i pogadamy, albo mnie stąd wyrzuci i będę chociaż wiedziała na czym stoję. Chodźmy. – otworzyła furtkę i skierowała się białych drzwi. Wzięła głęboki oddech i zadzwoniła dzwonkiem.
Te dwie minuty dłużyły się niesamowicie. Chciała, żeby jak najszybciej to wszystko się skończyło. Nagle zapragnęła wrócić do domu i wpaść Lou w ramiona. Tak, o tym teraz marzyła. Po chwili w drzwiach pojawiła się średniego wzrostu kobieta z ciemnymi włosami, ale kilka siwych włosów już się pojawiło. Miała kilka zmarszczek, ale wyglądała na zadbaną.
- W czym mogę pomóc? – zapytała ostro. Jen już wiedziała, że to nie będzie przyjemna rozmowa.
- Dzień dobry. Jestem Jennifer i… Maria była moją matką. – powiedziała drżącym głosem.
Kobieta zbladła. Zacisnęła mocno pięści i wysyczała jedno zdanie w kierunku swojej wnuczki.
- Zabiłaś ją.
- Co? Nie! Była chora! – broniła się Jen. Czuła jak z nerwów jej brzuch się zaciska i zaczyna boleć ją głowa.
- Gdyby usunęła ciążę nadal by żyła! Wybrała bękarta! – krzyknęła wściekła. – I jak jej się odpłaciłaś? Skończyłaś w burdelu jako tania dziwka. – powiedziała z pogardą.
- Niech pani jej nie obraża. – zaatakowała Agatha, która przyglądała się całej sytuacji.
- To nie ja wyrzuciłam własne dziecko z domu na ulicę! – powiedziała przez łzy.
- Milcz gówniaro! – uderzyła ją w twarz i ujrzała blizny na jej rękach. – Narkomanka! To było do przewidzenia! Wpędziłaś moją córkę do grobu! Jesteś zwykłą ćpunką! – wrzeszczała jak opętana.
Jennifer poczuła okropny ból brzucha. Nie mogła złapać oddechu. Nagle cały świat jej zawirował i zachwiała się znajdując oparcie w swojej przyjaciółce. Ból z sekundy na sekundę nasilał się coraz bardziej. W końcu przestała kontaktować i straciła przytomność.
            Chwila. Jeden moment może sprawić, że żałujemy wszystkich wypowiedzianych w życiu słów. Chwila. Jeden moment sprawia, że tracimy coś, co mogło być dla nas całym światem. Chwila. Jestem moment może sprawić, że zapominamy o postanowieniach jakie mieliśmy. Dziecko. Stracenie tego nienarodzonego boli równie mocno jak utrata tego żywego. Czasem wystarczy pięć minut, żeby pożegnać się na zawsze z częścią samego siebie. Tak, bo z dzieckiem odchodzi kawałek duszy. Nie tylko matki, ale i ojca. Z dzieckiem odchodzi radość i sens dotychczasowej egzystencji. Z dzieckiem odchodzi wszystko. Minęły dwa tygodnie. 14 najcięższych dni w życiu Jennifer. Milczenie i żal. Nic więcej. Louis się martwił. Bardzo mocno martwił się o swoją dziewczynę, która od czasu utraty ich dziecka nie zamieniła z nim słowa. Nie zapaliła ani jednego papierosa i nie chciała jeść. Wyjście ze szpitala było dobre, ale powrót do domu był bolesny. Wszyscy łączyli się w bólu z Lou i Jen. Cały dom stracił członka rodziny. Bez względu na to, czy zdążył się narodzić, czy nie, dla nich nadal był rodziną. Płacz. Litry łez wylali. Z dzieckiem odchodzi radość.
Jen usiadła na schodach, na których miała w zwyczaju palić. Teraz tego nie robiła. Patrzyła w pustą przestrzeń. Prześladował ją obraz płaczącego Lou przy jej szpitalnym łóżku. Cierpiał. W końcu tak bardzo chciał mieć dziecko. Czuła, że go zawiodła. W tym momencie poczuła obok siebie obecność swojego chłopaka. Chciała z nim porozmawiać. Właśnie w tym momencie.
- Louis... – zaczęła niepewnie.
- Oh Jenni. – chwycił ją i posadził na swoje kolana pozwalając jej wtulić się w jego tors.
- Tak mi przykro Lou. – powiedziała przez płacz. – Tak bardzo nie chciałam dziecka, ale kiedy je straciłam... Poczułam największą stratę na świecie. Pokochałam je, kiedy odeszło. Louis. Przepraszam. Zawiodłam cię. Gdybym się zorientowała, że jestem w ciąży. Byłbyś szczęśliwy, a teraz? Nie ma go. Nie ma go z nami. Nie żyje. To był czwarty tydzień. 4 tygodnie było ze mną, a ja o tym nie wiedziałam. Przepraszam cię za wszystko. – mówiła cały czas płacząc.
- Jen, kochanie... To nie twoja wina. To ja zawaliłem. Zajmowałem się każdym, tylko nie tobą. Powinienem być tam z tobą. Nie powinienem dopuścić do takiej sytuacji. Ono odeszło, ale nadal mamy siebie. – pocałował ją czule. – Widzisz... kiedy siostra Harry’ego straciła dziecko, myślała, że to koniec. Mówiła, że jej życie nie ma sensu. Teraz jest szczęśliwa, bo wie, że nie była gotowa. Jenni, poradzimy z tym sobie.
- Lou, ty pragnąłeś dziecka. Tak bardzo chciałeś zostać ojcem..
- Shhh. – uciszył ją. – Teraz pragnę tylko jednego. – powiedział patrząc jej w oczy. – Wyjdź za mnie.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
PRZEPRASZAM! NAJPIERW AWARIA POTEM BRAK WENY!
TO OSTATNI ROZDZIAŁ. ZAPRASZAM ZA NIEDŁUGO NA EPILOG!
+ DEDYKUJĘ TO GOSI! MASZ GIMBUSIE I SIĘ CIESZ! <3
++ WBIJAĆ NA BLOGA O LARRYM! DODALAM PIERWSZY ROZDZIAŁ! http://stones-taught-me-to-fly.blogspot.com/
LOVE YA! DEE!