poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Rozdział 27


            Pogoda w Doncaster była fatalna. Jedynym pozytywem był fakt, że nie padał deszcz. Dzień się dopiero zaczął, a ciemne chmury nie zapowiadały ładnej pogody. Cóż, takie uroki Anglii. W każdym bądź razie w domu Tomlinsonów było radośnie. Jay wraz z bliźniaczkami przygotowywała śniadanie, Fizzy poszła do Fliss, a reszta smacznie spała. Phoebe i Daisy nadawały kolorów w ten smutny, zimny dzień. Około dziewiątej prawie wszystko było gotowe. Brakowało jedynie ulubionego, brzoskwiniowego dżemu Lottie.
- Daisy, idź obudź Lou, niech pojedzie do sklepu. Tylko cicho, niech Jennifer się wyśpi. – nakazała Jay
Tak więc zrobiła. Po cichu weszła do sypialni swojego brata. Dyskretnie weszła na łóżko wbijając się tym samym między niego i Jen.
- Louis, wstawaj. – szturchała go, żeby się przebudził
- Mamo, jeszcze 5 minut. – mamrotał
- Masz jechać do sklepu, bo Lottie będzie zła. - naciskała
- Póóóóóźniej. – przeciągnął zasłaniając się kołdrą
Jen od razu zorientowała się, że w łóżku znajduję się obcy obiekt. Niechętnie otworzyła oczy. Ujrzała dziewczynkę próbującą dobudzić swojego brata.
- No Louis! – zirytowała się ośmiolatka
- Daisy? – upewniła się Jen
Młoda skinęła głową. Nie chciała budzić Jennifer, więc lekko się skrzywiła.
- Coś się stało? – zapytała dziewczyna
- Nie, ale mama mówiła, żebym cię nie budziła. – jej twarz pokrył grymas
- Oj, nic się nie stało. – uśmiechnęła się ciepło Jenni – Louis nie wstanie tak szybko. W nocy długo rozmawiał z Harrym. – poinformowała
- To źle. – westchnęła młoda – Lottie potrzebuje brzoskwiniowy dżem, bo inaczej nie zje śniadania, a wtedy mama się denerwuje.
- No to mam pomysł. Chodź.
Jennifer wstała z łóżka i wraz z młodą skierowały się na dół zostawiając tym samym Louisa w łóżku. Harry po imprezie z Niallem był lekko wstawiony, ale nadawał się do rozmowy. Lou nie potrafił wytrzymać bez niego jednego dnia. Ich rozmowa trwała ponad dwie godziny. Gadali o wszystkim. Jak gdyby nie widzieli się rok. Któż by pomyślał, ze tyle może się wydarzyć podczas jego nieobecności? Jen nie bardzo to ogarniała. Jedyne czego była pewna, to to, że Harry i Louis są blisko i muszą często mówić sobie, że się kochają, bo inaczej nie jest dobrze. Fani pisali do niej, że liczą na jakieś pikantne zdjęcia Larrego.. W sumie trudno im się dziwić. Wyglądali razem słodko. Agatha czasem prowokowała w różnych zabawach niezręczne sytuacje. W gronie znajomych mogli sobie na to pozwolić, ale wiedzieli, że takie zdjęcia/filmy mogłyby narobić dużo szumu, zdecydowanie za dużo. Wróćmy jednak do wydarzeń z dnia dzisiejszego. Jennifer zeszła na dół i przywitała się z Jay i Phoebe. Dziś czuła się już zdecydowanie lepiej. Razem z Jay odbyły wczoraj szczerą rozmowę i wszystko było w porządku. Wspaniała kobieta.
- Daisy, mówiłam, żebyś nie budziła Jenni. – powiedziała pani Tommo
- Nic się nie stało. To Louisa wina. – zaśmiała się Jen
- Właśnie, gdzie jest? Zejdzie za chwilę? – krzątała się po kuchni kobieta
- Wątpię. Za długo rozmawiał z Harrym w nocy. Teraz będzie odsypiał do południa.
- Lottie potrzebuje dżem. – westchnęła Phoebe
- W takim razie ubiorę się i pójdę, tylko kto mi pokaże, gdzie jest sklep? – spojrzała cwaniacko Jen
- Ja! – krzyknęła uradowana Daisy
- Mogę też? – zapytała wstydliwie Phoebe
- Co ty na to, Jay? Mogę porwać te dwie kreaturki? – uśmiechnęła się
- No dobrze. Ubierajcie się i bądźcie grzeczne. Nie uciekajcie i uważajcie na fanki przed domem. – ostrzegła kobieta
- Stoją tam w taką pogodę? Nie marzną? – zdziwiła się Jen
- Nie wiem. Wczoraj wieczorem było ich więcej, teraz jest ich 6. Szkoda mi ich, bo Lou będzie spał jeszcze dobre 2 godziny. – zasmuciła się pani Tommo
- Powiem im, żeby przyszły później. Louis się zgodzi, a przynajmniej mam taką nadzieję. Postaram się go przekonać. – puściła jej oko
- Myślę, że długo nie będziesz musiała prosić. – posłała jej promienny uśmiech – On kocha swoich fanów. Zawsze robi wszystko, żeby się z nimi spotkać. Jedynie wczoraj nie miał siły na nic.
- Dlaczego wcześniej ignorował fanki z Doncaster? – zamyśliła się
Ostatnio przeczytała sporo informacji na jego temat. Kiedy był z El zachowywał się inaczej. Jak gdyby był marionetką w jej rękach. Olewał fanów czekających na niego. To wszystko sprawiło, że Jen miała jeszcze większą ochotę pomóc tym dziewczynom go spotkać. W tym momencie do kuchni weszła Lottie, która widocznie słyszała jej pytanie.
- Bo Eleanor mówiła „zostań, w końcu sobie pójdą, przecież tak rzadko się widujemy, nie jestem dla ciebie ważna?” – parodiowała głos El, Lottie
- To wszystko wyjaśnia. – podsumowała krótko Jenni
Tak więc Jen zrobiła coś pożytecznego załatwiając fankom spotkanie z Lou i kupując dżem dla Lottie. Jen jeszcze niedawno była zwykłą dziwką, teraz jednak jest inaczej. Jest dziewczyną, która chce dać jak najwięcej od siebie. Pomyśleć, że to zasługa jednego chłopaka.
            Od kiedy Valentine została mianowana specjalistą od podlewania kwiatków jej życie się zmieniło. Zyskała przyjaciół, z którymi mogła się śmiać i płakać jednocześnie. Jeśli chodzi o to drugie, to właśnie tak było w nocy. Pijany Niall pomylił sypialnie. Zamiast swojego pokoju zawitał do gościnnego, gdzie Valentine rozmawiała przez telefon ze swoją przyjaciółką z Polski. Kiedy zobaczyła stan Blondyna rozłączyła się i pomogła mu usiąść na fotelu. Na początku nie mówił nic. Patrzył się jedynie w podłogę. Kiedy zdał sobie sprawę gdzie jest, zaczął rozmowę. Opowiadał o tym, jak bardzo jest mu źle z powodu wyjazdu Ruth. Płakał. Niall James Horan wypłakiwał się jej w ramię. Mówił o każdej pojedynczej sytuacji, przez którą będzie musiał przejść bez niej. Mimo, iż alkohol krążył w jego żyłach miał całkiem trafne przemyślenia. Jego rozpacz była tak wielka, że Valentine napłynęły łzy do oczu. Być może nie znała Zayna aż tak długo jak Niall znał Ruth, ale rozumiała go. Wie, że będzie tęsknić za Czarnowłosym przez cały miesiąc trasy. Takim oto sposobem ryczeli razem. Nie trwało to jednak długo. Do jej pokoju wpadł zdezorientowany Liam, który wyprowadził wstawionego Nialla. Valentine ogarnęła się i poszła spać. Dzisiejszy dzień był jednak lepszy. Londyn podarował im trochę słońca, co nastrajało ją pozytywnie. Z samego rana wstała, poszła pod prysznic i ubrała się w jeansowe szorty i luźną, niebieską bluzkę. Skierowała się do kuchni, gdzie swoją drogą jeszcze nikogo nie było. Zrobiła sobie herbatę i chwyciła małą konewkę, którą codziennie podlewała kwiatki. Na oknie stał średniej wielkości fikus, który ledwo rósł. Jego liście żółkły, marna była jego przyszłość.
-Pij. – powiedziała nalewając wody do doniczki – Ludzie mówią, że z kwiatkami trzeba rozmawiać. Wcześniej tego nie robiłam, więc pewnie dlatego więdniesz. Liście do góry, Zayn kupi ci dzisiaj jakiś dobry nawóz, żebyś poczuł się lepiej. Jesteś jedynym fikusem w tym domu, reszta to kaktusy, nie poddawaj się. Będę o ciebie dbała do ostatniego liścia. W końcu po to tu jestem. Dziwna wymówka, wiem, ale przecież nie powiem mu, że naprawdę chcę tu z nim zostać. O mój Boże.. Rozmawiam o moich problemach z kwiatkiem. To naprawdę chore. Jesteś w strasznym stanie. Od kiedy Agatha dostała awans chyba nikt cię nie podlewał. Człowieku, znaczy em… fikusie. Brzmi beznadziejnie, trzeba ci dać jakieś imię. Może Hmm…
- Albert? – odezwał się głos zza jej pleców
- O Boże! – krzyknęła przerażona Valentine – Znaczy… Zayn! Co ty do cholery robisz w mojej kuchni!? – położyła rękę na swojej klatce piersiowej czując przyspieszone bicie swojego serca
- Twojej kuchni? – zaśmiał się słodko
- To nie jest istotne! Skoro już tu jesteś… Możesz mi powiedzieć, dlaczego ten fikus jest w takim stanie? Kazałeś mi podlewać kwiatki, a nie przywracać je do życia!  – starała się odwrócić jego uwagę od jej wcześniejszych słów na temat pobytu tutaj
- Może dlatego, że Lou dostał go od Eleanor, a nie miał serca go wyrzucić, więc czekał aż sam zwiędnie? – spojrzał zadziornie
- Czyli chcesz mi powiedzieć, że jego przeznaczeniem jest wylądować w śmietniku? – spiorunowała go wzrokiem, przytaknął – A ja nawet zaczęłam z nim rozmawiać! Wyobrażasz sobie jaki pusty będzie ten parapet bez tego kwiatka?! No spójrz. – ściągnęła na chwilę doniczkę – Widzisz? Głupio ci teraz?
- Myślę, ze powinniśmy go po prostu wyrzucić. Louie byłby nam wdzięczny. No popatrz na niego, błaga o wylądowanie w śmietniku. – mówił z udawaną powagą
- W takim razie dlaczego jeszcze jesteś tutaj w samych bokserkach zamiast już czekać na mnie w aucie? – zapytała
- Ale po co? – zdziwił się
- Jak to po co? Kupić nowego kwiatka. No już, za 5 minut masz być gotowy. – poganiała go
- Jesteś szalona, jest dopiero 8 rano! – mówił stojąc w progu
- Powinieneś się cieszyć, nie będzie korków. No już, rusz swoje zgrabne pośladki na górę. – wskazała mu ręką wyjście
Zayn już nic nie powiedział. Posłusznie udał się na górę. Rudowłosa odetchnęła z ulgą. Miała nadzieję, że Zayn nie słyszał jej wypowiedzi, a przynajmniej nie całej. Ten fragment odnośnie pozostania tutaj z nim wolała zdecydowanie zostawić dla siebie. Dopiła herbatę i usiadła na krześle wyczekując Zayna.
            Louis kochał swoich fanów. Po każdym spotkaniu z nimi był radosny i wesoły. Tym razem jednak wszyscy przeszli samych siebie. Jay wraz z Jennifer zrobiły naleśniki i gorącą czekoladę częstując dziewczyny czekające pod domem. Była ich szóstka więc zdążyły nawet zamienić kilka słów z Louisem. Było miło. Jen była szczęśliwa widząc uśmiech fanek jak i samego Lou. Tylko fakt, że dziewczyny czekają od rana sprawił, że Tomlinson ruszył swój zacny tyłek z łóżka. Ranek należał do udanych. Pogoda nie była najlepsza, ale Lou nie chciał siedzieć w domu. Spotkał się ze swoim przyjacielem Stanem, a Jennifer wraz z Jay gotowała obiad. Dogadywały się, nawet bardzo.
- Dziękuję, że mi pomagasz. – powiedziała ciepło kobieta
- Nie ma za co. Moja mama rzadko gotowała coś sama, więc nie miałam kiedy jej pomagać. Zresztą i tak wygoniłaby mnie na dwór, a sama się męczyła. – westchnęła
- Brakuje ci jej? – podeszła kładąc rękę na ramieniu dziewczyny
- Strasznie. – patrzyła w podłogę – Robiła dla mnie wszystko, a ja ją okradałam. Ostatnie pieniądze wyciągnęłam na dragi. Wstydzę się tego. Przez moją przeszłość mam wrażenie, że nigdy nie dorównam Eleanor. Dziewczyna z dobrego domu, wykształcona... – zasmuciła się
- Nie myśl tak. Louis nie patrzy na to wszystko. Dla niego liczy się to, czy kochasz go takiego jakim jest. Eleanor była próżna i lubiła wydawać rozkazy. Naprawdę nie musisz się o to martwić. Louis jest zakochany po uszy. Za każdym razem dzwonił do mnie kiedy usnęłaś. Mówił, że boi się, że pewnego dnia znikniesz. Albo przez Harrego, albo przez Eleanor, ale najbardziej bał się Maxa. Lou to dobry chłopak, kocha cię. – uspokajała ją
- Chyba ma pani rację. Za bardzo się tym wszystkim przejmuję. – westchnęła ponownie
- Wiem, że to może zabrzmieć dziwnie, ale wiem, ze palisz papierosy i jeśli chcesz możesz zapalić na werandzie, nie przeszkadza mi to. – Jay posłała jej akceptujące spojrzenie
- Wątpię, że tego chcę. Kiedy jestem tu mam większą motywację, żeby rzucić palenie. Mimo wszystko, dziękuję. – uśmiechnęła się
Do powrotu Louisa wszystko było w porządku. Jay czytała książkę, a Jennifer bawiła się z dziewczynkami i psem w salonie. Było zabawnie, kiedy Ted zabrał Jen telefon. Zabawa była niezła. W każdym bądź razie było miło. Lou wrócił około 16-tej. Widząc jak jego dziewczyna bawi się z jego siostrami poczuł niesamowite ciepło w okolicy serca. Wiedział, ze Jen będzie dobrą matką. Miał tylko nadzieję, że jego dzieci, a nie nikogo innego. Nie wiedział co zrobiłby, gdyby go zostawiła. Wszystko co teraz robił było z myślą o niej. Louis podszedł do niej i zabrał ją na chwilę z salonu. Zaprowadził do kuchni, która była pusta.
- Wyglądasz słodko, kiedy zajmujesz się dziećmi. – powiedział czule ją całując
- To twoje siostry są słodkie, nie ja. – uśmiechnęła się
- Wiesz, że będziesz cudowna matką? – zapytał odgarniając kosmyk włosów z jej czoła
- Louie... – spuściła wzrok
- Coś się stało? – zmartwił się
- Ja…Nie jestem pewna, czy powinnam mieć dzieci. Żadne dziecko nie chciałoby mieć dziwki za matkę. Przepraszam, jeśli cię rozczarowałam. – posmutniała
- Przestań. – przytulił ją – Jesteś wspaniała, a każde dziecko kocha swoją matkę bez względu na wszystko. Nie powinnaś ciągle do tego wracać. Jesteś teraz tutaj, ze mną. Liczy się przyszłość, a nie przeszłość. – pocałował ją delikatnie – Już teraz jestem najszczęśliwszy na świecie, więc co byłoby gdyby za kilka lat taka mała kreaturka wołała do mnie „tato”? – rozmarzył się
Jen widziała jak bardzo Lou chce mieć dzieci. Nie miała zamiaru mu tego odmawiać, ale naprawdę się bała. Nie chciałaby, żeby jej dziecko było odrzucone przez to, kim była.
- Zrobię dla ciebie wszystko, Louie. – powiedziała mocno się w niego wtulając.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
PRZEPRASZAM! NAJPIERW TESTY, TERAZ SPOTKANIA DO BIERZMOWANIA- NIE OGARNIAŁAM! SO SORRY! POSTARAM SIĘ ODROBIĆ W WEEKEND MAJOWY! 
Musicie mi wybaczyć :D Myślę, że następny rozdział będzie lepszy, ten jest taki z dupy xd
Agatoooo! Nie łam mi serca! Bo będzie inwazja kosmitów. Nie żartuję.
+Dziękuję za komentarze, kocham Was <3
++ Elka mieszka w mieszkaniu z przyjacielem? hahhahahahahaha xDDD Dobra jest xd Grr! jak ja jej nie lubię!
+++ http://sonda.hanzo.pl/sondy,154956,tofI.html TAKA TAM SONDA JAKBY MNIE PONIOSŁO, PRAWDA AGATO?
Love! Dee Tomlinson

środa, 25 kwietnia 2012

Wstawka

Jako, iż pewna dziewczyna poprosiła mnie o umieszczenie tutaj tego, jak wyobrażam sobie bohaterki postanowiłam zrealizować jej prośbę :) Bo licznych poszukiwaniach dałam radę! Dziękuję Gosi (Margaret) za okazaną pomoc! Od razu mówię, że starałam się jak najbardziej przybliżyć Wam moją wizję, ale nie zawsze się da ;)
Więc jedziemy z tym koksem!

Jennifer*


Agatha


Margaret


Valentine**

* Jenni miała wyglądać jak dziewczyna z teledysku Ed'a, ale niestety nie znalazłam żadnych przyzwoitych zdjęć xD Macie w zamian śliczną Melanie Iglesias :D
** Aiami! Zapożyczyłam sobie od Ciebie tego gifa! Soooo sorry!

Teraz czytajcie uważnie! To, ze nie dodałam rozdziału nie oznacza, że o Was nie pamiętam. Po prostu testy i to wszystko... Same rozumiecie ;/ Obiecuję, że w weekend dodam na pewno! Nie krzyczcie na mnie, tak czasem jest :D Jutro test z angielskiego, ciekawe jak pójdzie :D
Love! Mrs. Tomlinson!

czwartek, 19 kwietnia 2012

Rozdział 26

            Następnego dnia jeden z ochroniarzy chłopców wraz z mechanikiem spotkali się z Louisem i odholowali samochód. Randy zadbał o to, żeby Lou i Jen bezpiecznie dotarli do Doncaster. Jay dzwoniła do Paula, żeby przysłał najlepszego ochroniarza, a że on sam musiał pilnować resztę w Londynie przysłał Randyego. Tak jak prosiła pani Tommo bez żadnej skazy dotarli na miejsce. Oczywiście Lou zabronił pilnowania siebie podczas pobytu w Doncaster. Umówił się, że ostatniego dnia pobytu Randy z powrotem po nich przyjedzie. Podczas urlopu nie chcieli być w żaden sposób ograniczeni. Około trzynastej zawitali na progu domu Tomlinsonów. Na początku domek wszystko wydawało się takie normalne. Niestety pozory mylą. Kiedy tylko Louis krzyknął „jesteśmy!” po schodach zbiegły najpierw dwie identyczne dziewczynki, które powitały ich piskami i krzykami radości. Następnie z kuchni wyszła Jay w fartuchu. Kiedy tylko uchyliła drzwi do ich nozdrzy dotarł cudowny zapach kurczaka. Tuż po niej z salonu wybiegły jeszcze dwie dziewczynki. W zasadzie wszystkie były do siebie niesamowicie podobne.
- Louis! – krzyczały jego siostry nie dając mu dojść do słowa
Młode bliźniaczki przyległy nie do swojego brata, ale do Jennifer. Zmieszana dziewczyna nie wiedziała co zrobić, więc objęła je ramionami. Zrobiło się lekkie zamieszanie, ale Jay zapanowała nad sytuacją.
- Phoebe, Daisy! Puśćcie Jennifer! – zarządziła
- Za mną się nie stęskniliście? – zapytał oburzony Lou – Oj… Nie ładnie. – pokiwał głową z dezaprobatą
Za chwilę jedna z nich rzuciła się bratu na szyję. Wycałowała jego policzki dokładnie i uśmiechnęła się rozbrajająco. Druga jednak nadal nie zamierzała puścić Jen, więc dziewczyna wzięła ją na ręce i podążyła wraz z Louisem do kuchni. Dwie pozostałe siostry także się tam skierowały. Jenni była lekko zdenerwowana. Wiedziała, że Jay zna jej przeszłość, a to wystarczający powód, aby odczuwać lekki wstyd. Miała jednak obok siebie Lou, a to jej pomagało. Wszyscy zasiedli przy stole. Młoda Daisy zajęła honorowe miejsce na kolanach Jen, a Phoebe zasiadła u Louisa. Reszta zajęła miejsca na krzesłach.
- Jennifer, niesamowicie miło mi cię poznać. – powiedziała Jay
- Mi panią również. Żałuję tylko, że Lou o wizycie tutaj powiedział mi dopiero wczoraj. – zaśmiała się
- Nie pojechałabyś ze mną gdybyś wiedziała wcześniej. – wystawił jej język
- Dlaczego? – zapytała pani Tommo
- Bo była przerażona, kiedy jej powiedziałem, że zamiast na wieś jedziemy tutaj.
- Ale gdybyś powiedział wcześniej zdążyłabym przygotować się na to psychicznie. – uśmiechnęła się słodko
- Oj nie jestem aż taka straszna. – mówiła Jay – Poznaj jeszcze moje córki. Ta przylepka, która siedzi u ciebie to Daisy, a identyczna jest Phoebe. Ta brązowowłosa dama to Felicite.
- Fizzy. – poprawiła ją dziewczyna
- No tak, Fizzy. Obok niej jest Lottie.
- Miło mi was poznać, przepraszam, gdzie jest toaleta? – nerwowo przygryzła wargę
- Zaprowadzę cię.
Lou wiedział, co to oznacza. Zaprowadził ją do pomieszczenia na końcu korytarza. Weszła do środka i stanęła przed lustrem. Wyglądała naprawdę jak kłębek nerwów. Louie uspokajająco położył jej ręce na ramiona stając za nią.
- Kochanie, jest dobrze. – pocałował jej kark
- Dlaczego boję się, że nie dorównam Eleanor? – spojrzała na jego odbicie w lustrze
- Tym się stresujesz? – uśmiechnął się czule
- Przecież ona była według twojej mamy idealna. Mi do ideału sporo brakuje. – odwróciła wzrok, nie chciała na siebie patrzyć
- Nie chcę ideału. – obrócił ją przodem do siebie – Chcę ciebie. – pocałował ją czule – Będzie w porządku, zobaczysz. Moja mama lubiła Eleanor, ale chce, żebym był szczęśliwy. Wie, że tylko z tobą będę. Głowa do góry. Wracamy do kuchni i robimy swoje. Daisy już cię kocha. Trudniej będzie z Fizzy, ale dasz radę, a wiesz dlaczego? – zaprzeczyła – Bo cię kocham i wiem, że radziłaś sobie z większymi wyzwaniami.
Spojrzała na niego z nadzieją. Miał rację. Całe życie dawała sobie radę. Dragi, śmierć matki, Paradise. Wszystko to było zdecydowanie trudniejsze niż stawienie czoła naprawdę sympatycznej rodzinie. Uśmiechnęła się ciepło, a Louis nachylił się, aby wyszeptać jej coś do ucha.
- Choćby zaspokojenie mnie. – zaśmiał się
- Wariat. – pocałowała go i wrócili do kuchni.
            W domu One Direction od samego rana było wesoło. Śniadanie było robione w rytmach Justina Biebera. Muzyka grała z wieży i była ustawiona na największy poziom głośności. Wszędzie  było pełno puchu i o dziwo… keczupu. Harry i Liam robili śniadanie, kiedy Zayn wyskoczył na nich z poduszką. Niall miał dobry humor tego ranka, więc zaczął bitwę, która przerodziła się w wojnę. Przez to wszystko cały dom był usyfiony. Kiedy puch zaczął ich drażnić przerzucili się na jedzenie. Harry dysponował tubką keczupu i musztardy, Liam miał mąkę, a reszta to co było pod ręką. O jaka szkoda, że nie pomyśleli o skutkach tej zabawy. Ktoś przecież musi tu posprzątać. Niestety nie mieli sprzątaczki. Dziewczyny postanowiły trzymać się z daleka od całej akcji, więc poranek spędziły na podwórku. Wokół domu codziennie było kilku paparazzich. Tego dnia jednak było ich zdecydowanie więcej. Ignorowały ich wścibskie spojrzenia. Kiedy chłopcy mniej więcej ogarnęli salon można było dokończyć przygotowanie omletów. Pomijając fakt, że śniadanie zjedli dopiero około dwunastej nie było aż tak źle. O trzynastej Liam zabrał Margo na spacer do parku, Harry pisał z Niallem nową piosenkę, Ruth i Agatha oglądały talk show, a Zayn i Valentine postanowili wyskoczyć razem na kawę do Starbucka. Ostatnio coraz więcej czasu spędzali razem, oczywiście nie zapominając o podlewaniu roślinek. Następnie postanowili wpaść do Nandos. Nuggetsy były czymś, co i Valentine i Zayn kochali. To popołudnie spędzili naprawdę miło. Kto wie, może uczucie, którym darzył Jennifer nie było miłością? Bo w takim razie jak ma nazwać to co czuje do Valentine? Ta dziewczyna naprawdę zamieszała mu w głowie. Była młodsza, więc mógł się nią opiekować i wskazać odpowiednią drogę. Miał plan. Trasa, która miała zacząć się już za tydzień obejmowała występ w Polsce. Nie wiedział dlaczego dziewczyna tak bardzo nie chce tam wracać, ale postanowił przełamać jej strach. W końcu zawsze znajdzie się coś pozytywnego. Chociażby pobyt z nim. Nie wiedział jak ja do tego przekona, ale był zdeterminowany.
            Humor Nialla zdecydowanie uległ zmianie. Rano był wesoły i roześmiany, teraz jednak czuł smutek. Jedynym sposobem na częściowe rozładowanie napięcia było napisanie piosenki. Lubił pisać o swoich uczuciach, a w tym momencie był rozdarty. Po śniadaniu Ruth dostała telefon od swojego ojca. Nialler nie wiedział na początku, że treść, jaką przekazał była niesamowicie smutna. Ruth nie chciała nic przed nim ukrywać, więc zdecydowała się powiedzieć mu najnowsze wieści. Tak jak zakładała, musi wyjechać do Brazylii. Jej ciotka dostała wylew i jest w bardzo złym stanie. Najprawdopodobniej nie będzie to krótka wizyta. Blondyn nie chciał w to wierzyć. Współczuł jej bardzo i naprawdę nie chciał, żeby radziła sobie z tym sama. Niestety on miał trasę. Wszystko obróciło się przeciwko nim. Teraz, kiedy mogą być ze sobą bez ukrywania coś musi się zepsuć. Niall nie radził sobie z tym. Miał szczerą nadzieję, że Ruth przyleci na któryś z koncertów w Europie. Niesamowicie długo czekał na tą trasę i chciał cieszyć się tym ze swoją dziewczyną. Teraz jednak to technicznie niemożliwe, bo będą w całkowicie innych częściach świata. Harry postanowił pomóc Niallowi. Sam pisał piosenki, a współpraca z Blondynem zawsze dobrze się kończyła.
I wanna feel your breath on my skin,
Touch you when you kiss my lips.
I wanna stay with you now,
Because you’re the best thing in my life.
Niall zaśpiewał na poczekaniu fragment zwrotki. Hazza chciał go wesprzeć, w końcu są przyjaciółmi, jednak nie potrafił dobrać odpowiednich słów.
- Stary, nie możesz się tak dołować. Przed nami trasa. Tyle na nią czekaliśmy, nie możesz teraz nawalić. – tłumaczył
- Wiem, ale wiesz gdzie jest Brazylia? – potwierdził – No właśnie. Na pewno nie w Europie. – powtórzył na gitarze melodię, która wpadła mu w ucho
- Poradzicie sobie. Zawsze będziesz mógł odwiedzić ją prywatnym odrzutowcem. – zaśmiał się Hazza
- Harry, mi nie jest do śmiechu. – skarcił go – Mieliśmy pisać, a nie bawić się w psychologa.
- W porządku. Chciałem tylko, żebyś wiedział, że możesz na nas liczyć. Jeśli będziesz chciał się do kogoś z nas przytulić w nocy to wbijaj śmiało.
Na te słowa w oczach Nialla zakręciły się łzy. Był bardzo wrażliwy. Wizja kilku miesięcy bez Ruth obok niego była straszna. Przypomniały mu się wszystkie momenty, kiedy zasypiała w jego ramionach. Mimo tego, że mieszkali osobno często któreś z nich wpadało na noc. Teraz będzie musiał zadowolić się jedynie Liamem. Harry zauważył pojedynczą łzę spływającą po jego policzku. To dołujące widzieć swojego przyjaciela w takim stanie. Szczególnie dlatego, że Nialler prawie zawsze się śmiał.
- Dobra. Koniec tego. Zabieram cię dziś wieczorem na drinka, może dwa, ewentualnie siedem. Bez dziewczyn, bez reszty. Tylko my dwaj. Nie przyjmuję żadnych sprzeciwów. – powiedział Hazza
- Nie mam ochoty na picie. – na twarzy Blondyna zawitał grymas
- A ja nie mam ochoty patrzyć jak się dołujesz mimo tego, że ona nadal siedzi na dole.
Niall zrezygnował. Po chwilowych przemyśleniach stwierdził, że Harold  może mieć rację. Rozluźni się i może spojrzy na to wszystko w lepszej perspektywy. Skończyli pisać zwrotkę, zapisali melodię i byli pewni, że kiedy go skończą może być hitem. Zresztą… Wszystko w ich wykonaniu jest genialne. Jednak taki utwór pisany sercem jest czymś niesamowitym. W dodatku głos Nialla pasował idealnie do klimatu, jaki razem stworzyli w tym utworze. Zapowiadało się ciekawie.
            Zayn i Valentine bawili się razem doskonale. Widziało ich pełno fanek, ale Zayn nie chciał się tłumaczyć. W końcu to zwykły wypad na miasto z dziewczyną od podlewania kwiatków. Brzmi beznadziejnie, ale oboje wmawiali sobie, że właśnie tak jest. Malik zabrał ja na London Eye. Szwendali się całe popołudnie. Wieczór był jednak dokładnie zaplanowany przez Zayna. Skoro zgodziła się pójść z nim na kolacje to nie ma wyjścia. Kiedy spacer im się znudził zamówił taksówkę, która miała ich zawieść w wyznaczone miejsce. Malik zawiązał jej czarną opaskę na oczy. To miała być niespodzianka. Kiedy auto się zatrzymało, wysiedli. Valentine szła prowadzona za rękę przez Czarnowłosego. Zorientowała się, że wsiadają do windy. Po chwili byli na nieznanym je piętrze. Nie wiedząc czemu poczuła jak powietrze ponownie uderza ją w twarz. Zatrzymali się. Zayn poszedł do niej z tyłu i rozwiązał opaskę. Dopiero, kiedy przejrzała na oczy zorientowała się, że są na dachu jakiegoś budynku, a na środku znajduje się przystrojony stolik dla dwojga. Spojrzała na niego zaskoczona, a on uśmiechnął się słodko. Usiedli i otworzyli szampana. Był chyba jednym z droższych, bo smakowa naprawdę inaczej niż wszystkie, które do tej pory piła. Po chwili rozmowy przyszło jedzenie. Zayn lubił włoską kuchnię, więc zdecydował się na wyśmienite spaghetti. Kiedy zjedli usłyszeli dźwięk muzyki. Valentine w tym momencie była jeszcze bardziej zaskoczona.
- Zatańczymy? – zapytał z nadzieją
Zgodziła się. To była wolna piosenka, a na podwórku było już ciemno. Oświetlały ich jedynie małe lampki, które tworzyły klimat półmroku. Valentine doskonale znała piosenkę, w ktrej rytm się kołysali. W końcu utwór Robbiego Williamsa „Angels” był jednym z jej ulubionych.
- Widzę, że wszystko sobie zaplanowałeś. – zaśmiała się
- Długo czekałem aż się zgodzisz, więc chciałem, żeby było idealnie. – uśmiechnął się czule
- Udało ci się. Dziękuję. – pocałowała go w policzek – Jak mogę ci się odwdzięczyć?
Zamyślił się. Było coś, co chciał zrobić.
- Nie ruszaj się, ok?
Nie wiedziała o co mu chodzi, ale przytaknęła.
- Zawsze chciał pocałować dziewczynę na której mi zależy w świetle księżyca. Chcę żyć wiedziała, że... – przerwała mu
- Po prostu to zrób. – powiedziała pewnie
Zayn niepewnie ujął jej twarz w dłonie i nachylił się nad nią zatapiając swoje usta w jej. To był niesamowicie magiczny moment. Valentine mimo swoich wątpliwości poddała mu się. Oplotła rękami jego szyję i odwzajemniła pocałunek. Nie myślała teraz o tym, że gdzieś w tym mieście jest chłopak, który zabiłby ją za to. Teraz jednak liczył się Zayn i to z jaką czułością ja całował. Miała cichą nadzieję, że ta chwila będzie trwała wiecznie. Czuła się wspaniale. Malik też czuł, że jego serce skacze z radości. Już długo nie zależało mu tak bardzo na jakiejś dziewczynie. Był pewny, że Jenni była chwilowym zauroczeniem, a to z Valentine chciałby witać każdy nowy dzień. Na usta cisnęły mu się dwa słowa, których nie chciał teraz wypowiadać. W każdym bądź razie to był jeden z tych momentów w życiu, których oboje długo nie zapomną, a kto wie, może w przyszłości wspólnie będą wspominać ich pierwszy pocałunek na dachu w świetle księżyca?

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
POWIEM WAM TYLKO TYLE:
* WCZORAJ TWITCAM LIAMA, ORGAZM KIEDY WSZEDŁ LOU.
* DZIŚ MÓJ TATO SŁUCHAŁ PŁYTY CHŁOPCÓW I STWIERDZIŁ, ŻE LUBI WMYB
* JAY TOMLINSON LUBI STRONĘ "LOUIS TOMLINSON POLAND" NA FACEBOOKU I KOCHA POLSKICH FANÓW, ZGON.
*I NAJLEPSZE... LARRY KISS KURWA! *.*
30 KOMÓW I GRA GITARA!
KOCHAM WAS TAK MOCNO, ZE JA PIERDOLE!
AJAJAJAJ!

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Rozdział 25

            Do południa w domu panowała przyjemna atmosfera. Harry i Jennifer zdążyli jednak pokłócić się ostatni raz przed wyjazdem. Oczywiście o jakaś błahostkę, bo o co innego? Tym razem jednak powodem było drażniące zachowanie skacowanego Harolda. Od rana nie robił nic tylko narzekał. Jen też nie czuła się dobrze. Mimo, iż wczoraj praktycznie nic nie wypiła rano strasznie źle się czuła. Bolała ją głowa, a wkurzający Hazza tylko pogarszał sytuację.
Mimo wszystko Agatha zabrała swojego chłopaka na górę, aby swoje dolegliwości leczył w samotności. Lou kipiał entuzjazmem. Od rana się śmiał i nie pozwolił niczemu zepsuć swojego nastroju. W końcu dziś zaczyna urlop. Niall cieszył się jego szczęściem. Sam chciał wyjechać z Ruth gdzieś na kilka dni, ale jak się okazało jej krewna bardzo choruje, więc możliwe, że w najbliższym czasie wyjedzie na jakiś czas do Brazylii. Blondyn dowiedział się o tym wczoraj wieczorem i wcale nie czuł się z tym dobrze. Pomijając te wszystkie negatywne rzeczy, było w porządku. Liam odżył, kiedy wrócił do Margaret. Znów był szczęśliwy i uśmiechnięty. Cały czas ją obejmował albo całował nie mogąc przestać się cieszyć, że mu wybaczyła. Śniadanie w ich wykonaniu też było przepełnione miłością. Co jak co, ale tosty w kształcie serc są zbyt słodkie. Aż mdli. Mimo wszystko było miło. Lou około jedenastej zaczął znosić wszystkie walizki. Był podjarany jak dziecko, które właśnie wyjeżdża do Disneylandu. Jen cieszyła jego radość. Wiedziała, że chce spędzić z nią czas. Jennifer wzięła jakąś tabletkę i pożegnała się z wszystkimi. Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że Harry wyściskał Jenni prosząc, aby dbała o jego Louisa. Czasem miała wrażenie, że ktoś go podmienił albo coś z tej bajki. Mimo wszystko to nadal był ten sam Styles, który uprzykrzał jej życie swoją osobą. Chyba czas najwyższy zakopać topór wojenny. Po pożegnaniach zakochańce wsiedli do ich sportowego, czarnego samochodu. Wakacje czas zacząć!
             Valentine po zawarciu umowy z Zaynem zrobiło się lżej. Miała w jakimś stopniu pewność, że nie wróci do Polski. Naprawdę było jej ciężko. Całe gimnazjum borykała się z prześladowaniami. Nikt nie wierzył, że spełni swoje marzenia i kpili z niej wyśmiewając jej umiejętności. Na wspomnienie ludzi, którzy wtedy tak skutecznie rujnowali jej życie zrobiło jej się niedobrze. Teraz, kiedy zaśpiewała z Zaynem i w pewnym stopniu była częścią ich świata czuła się dowartościowana. Uwierzyła w siebie. Mogła szczerze powiedzieć, że marzenia się spełniają. Co prawda do gwiazdy było jej daleko, ale sam fakt posiadania tak wspaniałych przyjaciół nastrajał ją pozytywnie. Nie rezygnowała z realizacji swoich celów. Wiedziała, że ma wsparcie Zayna. Była fanką One Direction. Zayn zawsze wydawał jej się opiekuńczy i empatyczny. Teraz mogła przekonać się o tym na własnej skórze. Postanowiła przerwać swoje rozważania i zejść na dół. Wszyscy siedzieli w salonie oglądając Titanica. Harry siedział szlochając w ramię Liama, Niall jadł nuggetsy z Zaynem, a dziewczyny sprawiały wrażenie wzruszonych. Valentine uśmiechnęła się do siebie i usiadła obok Malika. Film się kończył, a oni nie mieli dosyć. Postanowili włączyć American Pie. Ten film naprawdę rył banie, ale jakoś musieli sobie poprawić humor. Harry co chwilę posyłał Agathcie jakieś dziwne sygnały i kuszące spojrzenia. Można się jedynie domyślić, że po zakończeniu seansu rozładują napięcie na swój własny sposób. Zayn poszedł do kuchni zrobić więcej popcornu. Valentine udała się za nim.
- Nie wiedziałam, że jesteście tacy wrażliwi. – zaśmiała się pod nosem
- Nie mamy serc z kamienia, a Titanic to wyciskacz łez. Nie sądzisz, że gdyby ta dziewczyna się przesunęła ocaliłaby swojego chłopaka? – zachichotał
- Scenarzyści tego nie uwzględnili, bo to nie miałoby sensu. Cała magia by prysła. – mówiła z udawaną powagą
- Ja bym się dla ciebie posunął. – na jego twarzy pojawił się cwaniacki uśmiech
- Nie wątpię. – szturchnęła go lekko
- Czy tobie tak samo jak mi nie chce się oglądać tego filmu? – zapytał opierając się o stół
- Uważaj bo złamiesz. – ostrzegła
- Co? – spytał zdezorientowany
- Połamiesz. – zaśmiała się
Zayn po chwili załapał o czym mówi. Zdał sobie sprawę, że tekst tej piosenki będzie go prześladował do końca życia. Zaśmiał się rozkosznie i zamiast skierować się z popcornem do salonu wraz z Valentine poszli do ogrodu. Żartowali, śmiali się i wspólnie konsumowali. Tak, ten dzień był zdecydowanie lepszy.
            Louis i Jen mieli jedno wielkie party hard w aucie. Muzyka w radio zdecydowanie wprowadziła ich w sielankowy nastrój. Śpiew Louisa był wspaniały. Kiedy postanowili zrobić sobie chwilę przerwy na rozmowy wyszły na wierzch dosyć ciekawe fakty.
- Tak właściwie to dokąd jedziemy? – zapytała w końcu
- Zaszła mała zmiana planów i zamiast na wieś do mojej ciotki odwiedzimy moją rodzinę w Doncaster. – wyszczerzył się
- Co?!?! – wytrzeszczyła oczy – Chyba sobie żartujesz!
- Nie tym razem. – wystawił jej język – Moja mama bardzo chce cię poznać.
- Ale co jeśli dowie się o mojej przyszłości? – przygryzła nerwowo wargę
- Proszę cię… ona żyje Twitterem i już dawno wie. To najbardziej tolerancyjna kobieta jaką znam. No i jeszcze mama Harrego. Kiedyś myślała, że jesteśmy gejami i zrobiła nam wywód na temat tego, że akceptuje homoseksualistów jak samo jak każdego człowieka. – zaczął się śmiać
- Czyli ona wie o wszystkim? Wszyscy wiedzą? – wstrzymała oddech
- Oto magia Twittera. Moja mama wie gdzie byłem zanim zdążę wrócić do domu i do niej zadzwonić. Niesamowicie irytujące, ale przyzwyczaiłem się. – mówił patrząc na drogę
Jen nie kryła zdenerwowania. Bała się spotkania z panią Tomlinson. Wielokrotnie pisała do niej na Twitterze, że nie może się doczekać, kiedy ją pozna itp., ale nigdy nie spodziewała się tego spotkania tak szybko. Zdecydowanie nie była na to gotowa. Lou chyba zauważył jej zamyślony wyraz twarzy, więc położył dłoń na jej kolanie.
- Ej. – uśmiechnął się ciepło – Będzie dobrze. Jest naprawdę miła. – uspokajał
- Może masz rację. Niepotrzebnie się martwię. – patrzyła przez okno
- Jeśli ci to pomoże mam jeszcze cztery siostry, z którymi rozmawiałem wczoraj przez telefon. Bliźniaczki widziały twoje zdjęcia i mówiły, że jesteś piękna. – zaśmiał się
- Dlaczego dopiero teraz mi o nich mówisz? – zbulwersowała się – Opowiedz mi o nich.
Przez ponad godzinę Tommo ciągnął wywód na temat swojego rodzeństwa. Było widać, że za nimi tęskni. Mówił, że widuje je wyjątkowo rzadko. Teraz cieszył się, że znów je zobaczy. Można było się domyśleć, że jest wspaniałym bratem. Śmiał się mówiąc, że stara się ich nie rozpieszczać, ale to trudne, kiedy naprawdę chce dać im się to, czego wcześniej nie miały. Jeśli ktokolwiek uważał, że Louis nie tęskni za domem i sława uderzyła mu do głowy bo zapomniał gdzie zaczynał to się mylił. Następnym tematem było wyjaśnienie dlaczego zdecydował się jechać samochodem bez ochrony. Stwierdził, że jedzie do domu i nie potrzebuje nikogo na karku. W dodatku Paul proponował mu podróż samolotem. Nie zgodził się. Na lotniskach zbiera się zdecydowanie zbyt dużo paparazzi, a oni nie potrzebowali ogona. Następne dwie godziny spędzili na zmianę robiąc bibę w aucie i rozmawiając. To było piękne. Spędzają ze sobą masę czasu, a nadal mają pełno tematów do rozmów. W sumie to musieli się nagadać. Już w następny weekend chłopcy zaczynają trasę po Europie. Nie kryli swojej radości, ale rozstanie z bliskimi będzie trudne. Droga do Doncaster niesamowicie się ciągnęła. Kiedy myśleli, że połowę drogi mają za sobą zdarzył im się niefortunny wypadek. Z maski ich samochodu zaczął wydobywać się dym. Tego się nie spodziewali.
- Cholera. – zaklął Lou zjeżdżając na pobocze
- To coś poważnego? – zapytała Jen
- Nie wiem, ale chyba dzisiaj już nigdzie nie dojedziemy. – mówił cholernie wkurwiony
- Louie, spokojnie. – złapała go za rękę
- Miało być idealnie. – powiedział smutno
- Będzie. – pocałowała go – Zadzwoń do chłopców, niech jutro kogoś przyślą. Nie burzmy im dzisiaj planów.
- A gdzie przenocujemy? – mówił zrezygnowany
- Coś znajdziemy. Weźmy kilka rzeczy i chodź. Ktoś tu musi mieszkać. – mówiła entuzjastycznie
- Zwariowałaś. – patrzył na nią zdziwiony
- Kochanie rusz tą swoją sexy dupcie bo zaraz będzie padać. – spojrzała za okno
- Ale moje auto...
- Przecież przez noc nic mu się nie stanie. Więcej zabezpieczeń niż w cacku w życiu nie widziałam. No chodź! – wyszła z auta
Lou niechętnie zostawił swój samochód i razem z Jen pobiegli przez łąkę w stronę najbliższego budynku. Była dopiero szesnasta, ale ciemne chmury, które znajdowały się na niebie sprawiały wrażenie zdecydowanie późniejszej godziny. W biegu złapał ich deszcz. Tak w zasadzie to była to ulewa. Louisowi humor momentalnie się poprawił. Byli cali mokrzy, ale to było całkiem zabawne. W zasięgu wzroku mieli jedynie starą stodołę, która nie zachęcała wyglądem. Niestety nie mieli wyboru. W środku było cieplej niż na zewnątrz. Jen cała się trzęsła. Ściągła z siebie mokrą bluzkę. Louis zrobił to samo. W rogu leżały jakieś koce, które były w przyzwoitym stanie, więc pościelili je na sianie. Usiedli. Tommo objął swoją dziewczynę i wyciągnął telefon. Musiał zadzwonić do matki.
- Mamo, niestety mamy mały problem techniczny i nie dotrzemy dzisiaj.
- Oj Boo Bear, ale wszystko w porządku? Nic wam nie jest?
- Nie, samochód nawalił. Dopiero jutro ktoś przyjedzie, mam nadzieję.
- Gdzie będziecie spać? Powiedzcie gdzie jesteście to przyjadę po was ja albo twój ojciec.
- Naprawdę nie ma potrzeby. Nie martw się. Jutro przyjedziemy. Wyściskaj od nas dziewczynki.
- Dobrze. Czekamy.
- Pa Mamo.
- Pa Synku.
Deszcz nie przestawał padać. Lou i Jen siedzieli i próbowali dodzwonić się do kogokolwiek z domu, ale musieli się naprawdę dobrze bawić skoro nikt nie odbierał. Dopiero po licznych próbach Zayn podniósł słuchawkę. Obiecał przysłać kogoś z samego rana. Mówił, że Valentine zgodziła się w końcu pójść z nim na kolację. Jennifer nie kryła radości. Szybko jednak coś zepsuło jej humor. Nadchodziła burza. Słychać było coraz głośniejsze grzmoty. Tommo zauważył jak nerwowo przygryza wargę. Pożegnał się z kumplem i zbliżył się do dziewczyny.
- Wszystko w porządku? – czule pogłaskał ją po plecach
- Tak. – zapewniała
Zagrzmiało. Mocno ścisnęła rękę swojego chłopaka. Jeżeli istniało coś, czego bała się równie mocno jak utraty Louisa była to burza.
- Boisz się burzy? – zaśmiał się
- Doprawdy zabawne. – zmierzyła go wzrokiem
- Oj przepraszam. Chodź tu. – posadził ją sobie na kolanach
Jen wtuliła się w niego mocno. Każdy kolejny grzmot był coraz głośniejszy. Drżała.
- Nie bój się, jestem z tobą. – pocałował ją w czoło
Niestety jej strach nie malał. Od dziecka bała się burzy. Tym razem jednak okazała swoją słabość przy Lou. Zawsze starała się tego unikać, bo jej życie nauczyło ją nie pokazywać bólu i strachu. Teraz, kiedy trzymał ją w ramionach czuła, że ją rozumie i nie musi udawać. Prawda była taka, że była przerażona. Tommo był niesamowicie empatyczny. Położył ją na kocu i czule pocałował. Chciał, żeby zapomniała o strachu.
- Nie myśl o tym.
Zaczął obdarowywać jej szyję pocałunkami. Teraz, w mokrych włosach i lekko rozmazanym makijażem kręciła go jeszcze bardziej. Miał na nią ochotę już dłuższy czas. Za każdym razem jednak znajdywało się jakieś „ale”. Teraz, kiedy jej ręce oplotły jego szyję wiedział, że nie ma nic przeciwko. Naprawdę zależało mu na tym, żeby czuła się bezpiecznie. Była bez bluzki, więc śmiało zaczął całować jej dekolt i brzuch. Zamknęła oczy. Co prawda każdy grzmot powodował u niej napięcie mięśni ciała. On i jego dotyk powodował, że rozluźniała się. Kiedy doszedł pocałunkami do linii jej spodni westchnęła. Teraz niczego nie była pewna tak bardzo jak tego, że pragnie się kochać z Tomlinsonem. Co prawda nie mieli idealnego wystroju, ale ich pożądanie było większe. Kolejny grzmot. Jen podniosła się i zaczęła również obcałowywać jego tors. Jej usta czule pieściły jego sutki. Chyba mu się podobało skoro kusząco przygryzał wargę. Lou nie chciał długo czekać. Zwinnym ruchem po chwili znów leżała pod nim. Zsunął z niej spodnie. Teraz miał ja przed sobą w samej bieliźnie. Sam ten widok go podniecał. Chwycił jej rękę i delikatnie pocałował miejsce, gdzie znajdowały się blizny po strzykawkach. Kolejnym krokiem było pozbycie się jej stanika. Nie opierała się. Całkowicie poddała się jego dłoniom. Znów grzmot. Lou pocałował jej pierś, cicho jęknęła. Chciał dać jej jak najwięcej przyjemności, więc ssał, przygryzał i całował jej sutki. On odpłacała mu to jękami ekstazy. Doprowadzało go to do szaleństwa. Nie musiała nic robić, żeby go podniecić. Sam jej widok i świadomość, że sprawia jej przyjemność sprawiała, że jego przyjaciel się unosił. Jenni odpięła rozporek jego spodni i pomogła mu je ściągnąć. Po chwili był w samych bokserkach. Dziewczyna wsunęła rękę do ostatniego elementu jego garderoby chcąc zaspokoić go w pewny sposób. Zaczęła poruszać rytmicznie dłonią po jego przyrodzeniu. Jęknął. Wiedział, że jeśli tego nie przerwie to oszaleje. Odsunął się. Spojrzała na niego wzrokiem mówiącym „coś nie tak”. On tylko uśmiechnął się słodko i zsunął z niej dolną część jej jedwabnej bielizny. Była wilgotna. Widział to. Przybrał ten swój cwaniacki, kuszący uśmiech i wsunął w nią dwa palce. Jęknęła głośniej. Poruszał nimi rytmicznie. W tym momencie była, o ile to możliwe, jeszcze bardziej podniecona. Nie słyszała grzmotów, a błyski, które widziała wydawały jej się wytworem jej wyobraźni. Louis chciał już znaleźć się w niej. Szybko oswobodził swojego przyjaciela i wyciągając swoje palce zastąpił je swoim przyrodzeniem. Jenni wydała z siebie donośny jęk. Nie wiedziała jak duże było przyrodzenie Lou, ale odnosiła wrażenie, że zaraz ją rozsadzi. Tommo znalazł odpowiedni rytm i poruszał się w niej. Oboje przezywali teraz niesamowitą rozkosz. Jeszcze chwile trwało zanim oboje szczytowali. Louie opadł zmęczony obok swojej dziewczyny. Odgarnął kosmyk włosów z jej czoła i pocałował ją czule. Oddychali ciężko. Jen nie ukrywała, że to był najprawdopodobniej pierwszy z wielu nieziemskich orgazmów w swoim życiu.
- Lou, spałam z wieloma mężczyznami... – zawahała się – ale ty jesteś moim bogiem. – niemal wyszeptała
Louis zaśmiał się. Nie wątpił w swoje umiejętności, ale usłyszenie czegoś takiego od dziewczyny swojego życia tylko go w tym upewniało.
- Kocham cię Louie. – powiedziała patrząc mu w oczy
- Ja tez cię kocham Jenni. – pocałował się czule
Leżeli tak wtuleni w siebie. Nie potrzebowali dużo czasu, usnęli po chwili. Nie ważne czy to stodoła, czy pięcio gwiazdkowy hotel. Dla nich najważniejsze, że razem.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
ZJEBAŁAM, WIEDZIAŁAM, ŻE TO ZJEBIĘ ;X
NAJGORSZE SEX SCENA EVER. TO NAPRAWDĘ MIAŁO BYĆ LEPSZE ;X
Miał być wczoraj, ale COŚ mnie powstrzymało ;x Dziękuję temu, to zrobił besta z dekalogiem, który napisałam. Oczywiście, ze kocham jak hejterzy mnie wyzywają od pokemonów myśląc, ze to ja naraziłam 1D na hejterów. Jak cię spotkam gówniaro to się bój, bo otworzę ci parasol w odbycie ;) Sorki, musiałam xd
Dziękuję Valentine! Kochana, wczoraj tak mi poprawiłaś humor, że masakra. Nie wiem co bym bez Ciebie zrobiła :* Odpłacę Ci w blogu, Ty już wiesz o co kaman :D
Ale mimo wszystko dedyk do Ani, która jest autorką tego cudownego bloga: http://keep-calm-and-just-be.blogspot.com/ Naprawdę polecam! Jest tam taka fajna Claudia xD zapowiada się ciekawie :D
Hm Hm.. co by tu jeszcze. Mam pomysł na nowego bloga i jak będę kończyć tego to zacznę tamtego, nei potrafię się powstrzymać xd
Mój Twitter teraz to: @Dee_Directioner
+ Lubię jak mówią do mnie Dee Dee, dzięki Mari :*
++ Dziękuję za wasze komentarze! Są wspaniałe! Kiedyś napiszę książkę, obiecuje! Każda z moich czytelniczek dostanie ją za free! Z autografem! :D
+++ Camp Direction szlak trafił, jebać to. Aiami- my i tak zabalujemy w Warszawie xd
++++ 30 komci, jak zawsze :D
Love! Mrs. Tomlinson

piątek, 13 kwietnia 2012

Rozdział 24

            Jen nie mogła złapać oddechu. Czuła się, jakby wszystkie jej ruchy zostały skrępowane żelaznym łańcuchem. Agatha próbowała wyciągnąć z Jenni powód jej szoku, ale dziewczyna nie mówiła nic. Upuściła trzymanego papierosa na ziemię. Obok obdrapanego z farby budynku jakiś mężczyzna szarpał dość młodą dziewczyną. Ich kłótnia na pewno nie była toczona w języku angielskim. Jennifer poznała tą dziewczynę. Rude włosy, niewysoka, w dodatku ten głos. To była Valentine. Miała kłopoty. Im dłużej ta kłótnia trwała tym było gorzej.
- Jen, co jest? Znasz ich? – pytała Agatha
- To Valentine, znajoma Zayna. – wydusiła – Zadzwoń do niego, ja muszę jej pomóc.
- Stój. – złapała ją za nadgarstek – Mało masz kłopotów?
Jen stała zrezygnowana. Naprawdę nie zanosiło się na to, aby ten facet odpuścił. Musiało chodzić o coś poważnego. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie rozumiała nic z ich rozmowy. Wiedziała tylko, że krzyk i płacz nie zapowiadają niczego dobrego. Strasznie się bała o swoją nową koleżankę. Siniaki, które zobaczyła dziś na jej rękach musiały być sprawką tego frajera, który teraz wyładowywał na niej cały swój gniew.
- Ja dzwonię, a ty się nie ruszaj. – powiedziała Agatha
- Szybko. – nakazała Jen – Bo to nie wygląda dobrze.
Agatha wybrała numer Malika.
- Halo? Zayn?
- Tak, coś się stało?
- Valentine ma kłopoty, musisz tu przyjechać.
- Jestem z Lou w Tesco. Gdzie jesteście? Za chwilę będziemy.
- Nie wiem jak ci to wytłumaczyć. Obok galerii, w której często jemy obiad jest skręt w boczną uliczkę. Znajdziesz. Nie zachęca wyglądem.
- Co wy tam robicie?
- Bez zbędnych pytań, ruszcie się.
- Już jedziemy.
Jen co chwilę wychylała się obserwując jak ich kłótnia przeradza się w coś gorszego. Mężczyzna wyciągnął nóż. Zbliżał się niebezpiecznie do dziewczyny. Jenni poczuła jak rośnie jej ciśnienie. Nie czekając długo podbiegła tam wytrącając mu narzędzie z dłoni.
- Jennifer uciekaj! – krzyczała Valentine
- Kto to jest? – spytał już w ich języku
- Nieważne, Jen, błagam… Uciekaj stąd. – mówiła zapłakana
- Nie zostawię cię tutaj.
Chłopak tylko zaśmiał się z kpiną. Odepchnął Valentine, która stała mu na drodze i mocno przycisną Jenni do ściany. Wykrzywiła się, to zabolało.
- Nawet nie wiesz w co się wpakowałaś. – szeptał jej do ucha.
Jen czuła od niego alkohol, dość sporo alkoholu. Był obleśny i zgorzkniały. Nie miała pojęcia co łączy Valentine z takim oprychem. W każdym bądź razie nie zastanawiała się długo. Jej koleżanka starała się go odciągnąć, ale nie miała tyle siły. Jej zachowanie dodatkowo go rozdrażniło. Odwrócił się i mocno uderzył ją w twarz. Valentine znalazła się na ziemi. Dało się słyszeć hałas ciała uderzającego o beton. Jen przeklęła w duchu. Znów z jej winy ktoś cierpi. Jej życie to jedno wielkie fatum. Wszyscy byli szczęśliwi, dopóki nie pojawiła się w życiu Louisa. Obwiniała się za to wszystko. Nie zdążyła jednak dojść do puenty swoich przemyśleń. Usłyszała znane jej męskie głosy. Za chwilę obok niej znalazła się Zayn, który nie czekając na nic zaczął okładać nieznajomego mężczyznę pięściami. To był chyba szczyt wściekłości Malika, a jeśli nie, to nie chciałoby się widzieć go bardziej wkurzonego niż w tej chwili. Louie podbiegł do Jen. Przytulił ją widząc, że w jakimś stopniu brała w tym udział.
- Nic ci nie jest? – zapytał czule głaszcząc jej plecy
- Nie, ale Valentine... – zaczęła
- Agatha jest przy niej, będzie okej.
Louis wiedział, że Zayn przegina. Między nim a tym facetem nawiązała się niezła bójka. Oboje mieli obite pyski, ale Malik był w stanie go teraz zabić. Lou musiał zareagować. Widząc, że przeciwnik jego przyjaciela jest ledwo żywy odciągnął Zayna.
- Uspokój się, to nic nie zmieni. Zajmij się lepiej nią. – wskazał ręką na leżącą Valentine
- Jest nieprzytomna. – stwierdziła Agatha
- Zabieramy ją do siebie. – stwierdził Czarnowłosy – Nie zostanie tu.
Zayn skierował się do dziewczyny. Posłał mężczyźnie ostatnie wściekłe spojrzenie. Wziął Valentine na ręce i skierował się w stronę głównej drogi. Tuż za nim poszedł Lou z dziewczynami. Takim, niezbyt pozytywnym akcentem zakończyły się dzisiejsze zakupy.
Następnego dnia…
                        Wczorajszego wieczora Valentine odzyskała przytomność na chwilę. Była zmęczona, więc poszła spać. Zayn nie męczył jej pytaniami. Jen razem z Lou, Niallem, Ruth, Agathą i Harrym zrobili sobie wieczornego grilla dla umilenia czasu. Okoł 22 wrócił Liam. Nie był sam. Zabrał ze sobą Margaret. W końcu był piątek. Nie musiała nazajutrz iść do szkoły. Li chciał nacieszyć się nią jeszcze  przed trasą, która miała trwać około miesiąca. Zayn siedział przy Valentine, czego skutkiem było zaśnięcie na fotelu. Ten ranek był jednak spokojniejszy. Lou i Jen zamierzali wyjechać około południa. Ten weekend należy do nich. Tak w zasadzie to był jedyny termin, w jaki mogliby się urwać. Już w poniedziałkowy wieczór całe One Direction wraz ze swoim towarzystwem mieli się zjawić na gali. Niestety nie będą występować. Wyprzedziło ich The Wanted, a jak powszechnie wiadomo chłopcy na tej samej scenie to zły pomysł. W każdym bądź razie idą tam się zabawić. Niall będzie w końcu mógł oficjalnie ogłosić Ruth swoją dziewczyną. Do tej pory wszyscy uważali ich po prostu za przyjaciół i nie było zbędnych domysłów. Wiele fanek pisało na Twitterze, że pasują do siebie itp. Niall jednak nie zamierzał się ujawniać póki nie uzna tego za stosowne. Ten moment nastał. Liam i Margaret postanowili wynagrodzić wszystkim ostatnie stresy, które mieli przez drażniące zachowanie Li, więc zrobili śniadanie. Agatha i Harold mieli cholernego kaca. Oboje lubią się od czasu do czasu napić, ale jeśli jedno z nich nie ma ochoty na alkohol drugie także pozostaje abstynentem. Kolejna ze złotych zasad. To było nawet zabawne, bo z tych ich przykazań mogliby napisać kodeks. Oni jednak nie traktowali tego jak nakaz, ale jakąś oczywistość. W każdym bądź razie są szczęśliwi, a to najważniejsze. Zayn obudził się w okropnym bólem zarówno karku jak i głowy. Fotel nie jest najlepszym miejscem do spania. Zignorował swoje dolegliwości, kiedy ujrzał wyspaną Valentine. Jej  oczy od razu wyglądały żywiej. Usiadł na brzegu łózka i uśmiechnął się do niej. Odwzajemniła gest. Wpatrywali się w siebie jeszcze przez chwilę, ale cisza jest krępująca, więc Zayn postanowił się odezwać.
- Jak się czujesz?
- Lepiej niż wczoraj. Dziękuję za wczoraj, ale to nie było potrzebne. Poradziłabym sobie. – starła się być wiarygodna, ale jej nie wyszło
- Żartujesz? Ten koleś wyskoczył na ciebie z nożem. Jaką mam pewność, że gdyby nie reakcja Jen nie leżałbyś teraz w szpitalu albo w kostnicy? – skrytykował
- Dlaczego tak bardzo się mną przejmujesz? Ja jestem tylko waszą fanką, która dała ci swój numer robiąc z siebie kretynkę śpiewając „Call me maybe”.
- Nie słyszałaś, że bardzo chciałbym umówić się z fanką? Szczególnie taką szaloną? – za późno ugryzł się w język
- Zayn, ja dałam ci numer, bo nie sądziłam, że napiszesz do mnie. Ja chętnie poszłabym z tobą na randkę, ale mam chłopaka. – przyznała się w końcu
- Ten koleś to twój facet? – skinęła głową – Nie wrócisz do niego. – stwierdził
- Zayn! To moje życie. Proszę cię, nie wtrącaj się, bo będzie jeszcze gorzej.
- Boję się o ciebie, rozumiesz?! Nie wierzę, że to mówię, ale polubiłem cię mimo tego, że wmawiałaś mi, że jestem zboczeńcem, który zaciągnął cię do łóżka. – starał się do niej dotrzeć
- Teraz słuchaj uważnie. Kiedy wyjechałam z Polski do Londynu miałam wspaniałe życie. Ja i mój chłopak jakoś sobie radziliśmy. On znalazł pracę, ja szukałam. Było nam naprawdę dobrze. Byłam pewna, że mam szczęście, że trafił mi się ktoś taki. Dopiero, kiedy nie wróciłam na noc po waszej imprezie pierwszy raz podniósł na mnie rękę oskarżając mnie o zdradę. Za każdym razem, kiedy zobaczył jakąś nową wiadomość od ciebie ja dostałam po twarzy. Teraz zadaj sobie pytanie, ile ich było? – patrzyła na niego ze łzami w oczach
- Ja... – głos mu się załamał
Nie mógł uwierzyć w to co słyszy. Doprowadził do rozpadu jej związku. W dodatku to z jego winy była bita. Przeklinał siebie w duchu. Mimo wszystko  nie zamierzał pozwolić jej wrócić do tamtego chłopaka. Już wystarczająco wycierpiała. Spojrzał na nią. Pojedyncza łza spłynęła jej po policzku. Serce mu się krajało. Przysunął się do niej i przytulił ją do siebie. Nie opierała mu się, tylko mocniej się wtuliła. Poczuła chwilowe uczucie bezpieczeństwa. Stwierdziła, że Zayn wspaniale pachniał. To wszystko sprawiało, że jeszcze bardziej chciała tu zostać. Wiedziała jednak, że to technicznie nierealne. Ona nie ma ani pracy, ani pieniędzy. Jej chłopak był jedynym wyjściem. Miała  tam wszystko czego potrzebowała. Może za wyjątkiem miłości, która skończyła się kilka dni temu. Niby tak niewiele, a jednak. Bez tego uczucia nic nie miało sensu. Coraz bardziej zaczęła zastanawiać się nad swoimi uczuciami do Zayna. Zawsze, kiedy zaczynała śpiewać miała go przed oczami. Ten duet, który stworzyli podczas ich pierwszego spotkania był magiczny. Można by rzec, że połączyła ich wtedy niewidzialna więź. Głupie wytłumaczenie wzajemnego pociągu, ale zawsze jakieś. Teraz, kiedy jest totalnie rozbita, bo jej chłopak zagroził powrotem do Polski Zayn jest z nią. On nie wiedział o jej odrazie do rodzinnego miasta, w którym zawsze była wyszydzana i wytykana palcami. Wolała mieszkać na Londyńskich slumsach niż tam wrócić. To wszystko komplikował brak kasy. Przeklęta era pieniądza.
- Valentine, pozwól mi sobie pomóc. – czule przeczesywał ręką jej włosy
- Zayn, ja nie mam dokąd pójść. Nie wrócę do Polski. Jeżeli zrobię tak jak mówisz i zostawię swojego chłopaka nie mam nic. Potrzebuję pracy w przeciwnym razie mogę pomachać Anglii na do widzenia. – podsumowała
- Nie sądzę, żeby chłopcy mieli coś przeciwko temu, żebyś tu zamieszkała. – uśmiechnął się do niej
- Nie zgadzam się na to. – pokiwała głową na znak niezgody – Nie będę na waszym utrzymaniu, nie ma mowy.
- W takim razie od dzisiaj dbasz o roślinki w tym domu a ja ci za to płacę. W gratisie do pracy dostałaś pokój. Później spiszemy umowę na stałe. – zaśmiał się – Pasuje ci?
- Jesteś szalony. – mówiła z niedowierzaniem
- Ja mówiłem całkiem poważnie. – spojrzał na nią czule – Agatha na początku też się sprzeciwiała, ale podlewanie kwiatków okazało się dobrym kompromisem. Teraz jej się znudziło i zaspokaja Harolda, ale to raczej się nie zalicza jako praca. – obije się zaśmiali
- Zgodzę się pod jednym warunkiem. Obiecaj, że nie wrócę do Polski.
- Obiecuję. – chwycił jej dłoń
- Dziękuję. – pocałowała go w policzek
Siedzieli tak jeszcze jakiś czas. Z biegiem czasu rozmowa zaczęła się rozluźniać i nawet wspólnie pośpiewali. Duet z Malikiem, a jednak marzenia się spełniają.

~~~~~~~~~~~~~~~~~
Z dedykiem dla Aiami! Mam nadzieję, że nie zepsułam ;/
Uwaga! Jeżeli jeszcze raz ktoś mi doda +15 komentarzy o podobnej treści minuta po minucie to się wkurzę xD To jest irytujące, proszę Was xd Mam +90 czytelników, więc 30 komentarzy to nie jest dużo :D
Wiecie co będzie w następnym rozdziale? :D Pierwszy dzień urlopu! :D Mwahahaha :D Zapowiada się dłuższy, kto wie, może w weekend napiszę :D
Mam tyle pomysłów do tego bloga, ze chyba nie zmieszczę się w 40 rozdziałach xd
Cóż.. enjoy! :D
+ HazzaConda! Jesteś Miszczem!
++ Harry z Baby Lux wygląda przesłodko! Awww *.*
Love! Mrs. Tomlinson

środa, 11 kwietnia 2012

Rozdział 23

            W Wolverhampton była ładna pogoda. Słonce świeciło przez okna wprost do sypialni Margaret. Dziewczyna obudziła się w ramionach Liama. Na jej twarzy od razu pojawił się uśmiech. Już dawno nie była tak szczęśliwa. W końcu miała obok siebie mężczyznę swojego życia. Nie potrafiła opisać tego co działo się w jej głowie. Liam spał. Patrzyła na jego śpiącą twarz. Wyglądał uroczo. Uśmiechnęła się w duchu. Cieszyła się, że został z nią na noc. Brakowało jej go przez ten cały czas, kiedy nie byli razem. Przywołała w myślach ich ostatnie chwile przed rozstaniem. Wszystko niby było fajnie, ale już jakiś czas się sprzeczali. To były naprawdę błahostki. Żółta róża zamiast czerwonej, trzy łyżeczki cukru zamiast dwóch. Takie pierdoły doprowadziły do rozpadu ich pożycia. Teraz, z perspektywy czasu to naprawdę wyglądało dziwnie. Wszyscy znajomi uważali ich za ideał. Każdy marzył o takim związku w jakim był Li i Margo. W końcu nie byli tylko parą, byli przede wszystkim przyjaciółmi. Ufali sobie i nigdy nie mieli przed sobą tajemnic. Wspólnie planowali przyszłość. Liam chciał być muzykiem, a Margaret aktorką. Każde z nich po części się realizowało. Li śpiewał i grał, a Margo brała udział w różnych szkolnych przedstawieniach. Lepszy taki start, niż żaden. Zawsze się wspierali. Kiedy Margo miała problemy w domu czy w szkole on zawsze jej pomagał. Może nie był wybitnym uczeniem, ale pomóc potrafił. Ich rodziny też były zaprzyjaźnione. Od zawsze Karen i Victoria miały dobry kontakt. Często umawiały się na jakieś ploty. Zazwyczaj dotyczyły one ich dzieci. Obie były przekonane, że Margaret i Liam wylądują kiedyś razem na ślubnym kobiercu. Ich rozstanie było szokiem zarówno dla ich bliskich jak i dla całej szkoły. W końcu idealny Li Payne postanowił spróbować swoich sił w x Factor. W sumie to by było tyle na temat ich związku. Taki tam przykład zepsucia przyjaźni przez związek. Teraz jednak się tym nie martwili. Postawili wszystko na jedną kartę, nie mieli nic do stracenia. Jej wspomnienia przerwał dotyk ust Liama na jej wargach. Tak, była na tyle zamyślona, że nawet nie zorientowała się, kiedy chłopak zaczął ją całować. Nie opierała się. Oddała pocałunek i delikatnie wsunęła ręce pod jego koszulkę.
- Mrr. – zamruczał
Margaret usiadła na nim okrakiem i posłała mu figlarne spojrzenie. Kusząco przygryzł wargę. Margo pochyliła się nad nim i pocałowała go znów. Ręce Liama znalazły się na jej biodrach. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie Victoria, która przyszła poinformować ich o śniadaniu akurat teraz.
- Margaret, Liam... – spojrzała na nich z politowaniem – Rozumiem, że się za sobą stęskniliście, ale moglibyście zapanować nad swoimi instynktami. – uśmiechnęła się – Chodźcie na dół, upiekłam szarlotkę z samego rana. Wiem Liam, że za nią przepadasz.
- Wybacz kochanie, ale jeśli chodzi o szarlotkę twojej mamy, to jest ona na pierwszym miejscu. – zaśmiał się
- Tak myślałam. – zeszła z niego i założyła na siebie szlafrok
Zeszli na dół. Czekał tam na nich nie kto inny jak sam Andy. Widząc ich uśmiechnięte twarze i nieogarnięte włosy Liama wiedział co jest na rzeczy.
- Ty bydlaku! – Andy rzucił się na Li ze śmiechem – Nie powiedziałeś mi! – uderzył go z pięści w ramię – Czuję się oszukany.
- Sam do końca nie wiedziałem co robię. – przyznał śmiejąc się razem z przyjacielem
- Ta, jasne. – powiedział sarkastycznie – A na końcu i tak wyładowaliście w łóżku. – dodał z przekąsem
- Andy! – skarciła go Victoria
- Nie jestem taki jak ty wariacie. – poczochrał mu czuprynę
- Oh tak.. Melanie była tej nocy wspaniała. – rozmarzył się
- Jesteś okropny. – powiedziała Margo
- Wiem, ale taki już mój urok. – puścił jej oko siadając przy stole
Co jak co, ale śniadanie w towarzystwie tego blondyna nie należało do poważnych. Może często zmieniał partnerki, ale przyjacielem był wspaniałym, a to najważniejsze.
            Jennifer z Lou wrócili do domu na obiad. Stwierdzili, że na mieście i tak fanki nie dadzą im zjeść. Jen i tak poszła im na rękę siadając na drugiej ławce i dając dziewczynom czas na nacieszenie się Louisem. Odpowiadał jej ten układ. Ona miała czas na przemyślenia, a on był otoczony pięknymi fankami. Rozdał masę autografów i pozował do równie wielu zdjęć. Był szczęśliwy widząc uśmiechnięte twarze Directionerek. Kiedy był z Eleanor nie zwracał na to uwagi. Zazwyczaj podczas wejścia na miasto z El ignorował fanki. Teraz dostrzegł, że to było złe. Około czternastej podjechali pod dom. Jenni od razu poszła wziąć szybki prysznic zanim obiad będzie gotowy. Dzisiaj Ruth i Niall postanowili zabłysnąć swoimi umiejętnościami. Uznali to za dobre wyzwanie. Louie pochwalił się swoim dzisiejszym szaleństwem oraz nawiązał dialog z towarzystwem.
- Tak właściwie… To gdzie jest Liam? – spojrzał popijając wodę ze szklanki
- Napisał, że musi coś naprawić i przyjedzie jak wszystko wróci do normy. Coś w ten deseń. – mówił Zayn przyglądając się gotującemu Niallowi
- Mam nadzieję, że nie rozwalił swojego Mercedesa. Jego naprawa nie byłby tania. To edycja limitowana. – wtrącił się Harold
- Faceci. – podsumowała Ruth – Nie uważacie, że chodzi o coś innego niż samochód czy cokolwiek namacalnego? – zmierzyła ich spojrzeniem
- Co na przykład? – wtrącił Nialler
- Ja chyba wiem o czym mówisz. – zamyślił się Zayn
- To nas oświeć. – mówił Louie
- Lou, pamiętasz jak Danielle wczoraj wypytywała cię o Margo? – podsuwała rozwiązanie Ruth
- No tak. To było dziwne. – zmarszczył brwi – Ale co to ma wspólnego z Liamem? – nadal nie czaił
- Nie zachowywał się normalnie podczas jej pobytu tutaj. – mówił Blondyn
- Czyli… Łącząc fakty do kupy. Danielle chciała wiedzieć dlaczego Liam zachowywał się dziwnie po wizycie swojej byłej. – mówił Lou
- Liam nadal kocha Margaret! – olśniło Harolda
- Bingo. – powiedziała Ruth
Po piętnastu minutach Jen dołączyła do reszty. Danie przyrządzone przez zakochańce pachniało wspaniale. W zasadzie nie przepadała za daniami z makaronu, ale to, co zafundował Niall było godne podziwu. Sos śmietanowo ziołowy plus smażona pierś z kurczaka idealnie komponowała się z makaronowymi rurkami. Wszyscy zasiedli przy stole konsumując to, co zostało im podane. Agatha zeszła w połowie posiłku. Wyglądała znacznie lepiej niż wczoraj. Jej twarz nabrała kolorów i nie mówię tu i siniakach i tego typu obrażeniach. Trochę makijażu i z powrotem wyglądała dobrze. Uśmiechnęła się do zgromadzonych przy okrągłym stole (tak w zasadzie to nie był okrągły, ale skojarzyło mi się z rycerzami króla Artura). Zajęła wolne miejsce obok Harrego.
- Nie zjesz? – zapytał zawiedziony Niall
- Przepraszam, ale nie mam ochoty. – posłała mu przepraszający uśmiech
- Ranisz. – podsumował
- Agatha, co ty na to, abym porwała cię dziś na zakupy? – powiedziała entuzjastycznie Jen
- Nie. – wtrącił Harry zanim jego dziewczyna zdążyła się odezwać
- Chętnie. – kopnęła go pod stołem
- Myślę, że nie powinnaś teraz nigdzie sama wychodzić.
- Nie będę sama. – mówiła zdeterminowana Agatha
- To miało go przekonać? – zaśmiała się Jen – Harry, umówmy się tak… Jeżeli coś mnie zaniepokoi to zadzwonię, napiszę, wezmę pomoc wysyłając znaki dymne, ok?
- A co jeśli… nie zdążę? – nerwowo przełknął ślinę
- Oj daj spokój! – zirytowała się Agatha – Nie mam pięciu lat. Poradzę sobie. Dzisiaj chcę się po prostu odprężyć na zakupach. Koniec. Jen, za pół godziny wychodzimy. – powiedziała i skierowała się w stronę schodów
- Uuu… Coś mi się wydaje, że Harry dziś się wysili, żeby ugłaskać Agathę. – zaśmiał się Lou
- Milcz. – burknął
- Oj Misiu. – pogłaskał go po loczkach – To nie moja wina, że chcesz ją trzymać jak na smyczy, to niezdrowe. – dźgnął go lekko palcem w policzek
- Louie, coś mi się wydaje, że to nie jest odpowiedni moment na żarty. Harold się martwi i musimy to zrozumieć. – starała się wytłumaczyć Ruth
- Chyba macie racje. Przesadzam. -  mieszał widelcem w talerzu
- Dobra, ogarnijcie tyłki, trzeba pozmywać. – powiedziała Jen kierując się na górę
- Ja to zrobię. – powiedział Hazza – Ale tylko, jeśli Louie mi pomoże. – wysilił się na uśmiech
- No! Nie jest z tobą aż tak źle! – klepnął go w tyłek Lou – Do roboty!
            Agatha i Jen postanowiły kupić dziś nową parę butów. To nic, że miały ich tyle, że nie widzą w których wyjść. Miały po prostu nieodpartą ochotę nabycia jakiś nowych szpilek. Czasem tak po prostu jakiś przedmiot krzyczy do ciebie, żebyś go nabył, mimo, że go nie potrzebujesz. Tak właśnie było dzisiaj. Chodziły po centrum szukając czegoś, co mogłaby wzbogacić ich garderobę. Siedząc w kawiarni zaczęły rozmawiać na temat sexu. Agatha nie mogła uwierzyć, że Jenni jeszcze nie spała z Louisem. W końcu LouLou momentami wydawał się być bardziej napalony niż Harold, więc to było dziwne. Oczywiście spekulacji na temat wakacji Jen i Louisa była masa. Wszystkie możliwe scenariusze zostały omówione. Masa śmiechu na poprawę humoru. Po zakończonej pogawędce opuściły centrum. Jennifer miała ochotę na papierosa. Jak wiadomo w miejscach publicznych był zakaz palenia tytoniu. Chcąc dać upust nikotynowemu pragnieniu skierowały się w jedną z bocznych uliczek Londynu. Było tu jakoś dziwnie ponuro, ale nikomu nie przeszkadzał dym. Zza rogu zaczęły dobiegać odgłosy kłótni. Dziewczyny miały dość problemów, ale odważyły się przejść kawałek, aby zobaczyć czy sytuacja nie wymaga niczyjej interwencji. To co dostrzegła Jen wstrząsnęło nią.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Krótszy, ale odbiję to w następnym ;d
Zapowiada się akcja, like it!
Ten rozdział szedł strasznie opornie, ale dla Was wszystko ;)
Miało być rzadziej, ale taję na rzęsach, zeby dac radę :)
+ 30 komci? D:
Love!

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Rozdział 22


*znów prośba ode mnie :D zapuście sobie "I should have kissed You" w odpowiednim momencie ;) enjoy!*

            Reszta dnia zapowiadała się mało ciekawie. Louis próbował znaleźć sobie jakieś zajęcie, a Jen postanowiła odnowić kontakt z fanami robiąc Twitcam. Była wdzięczna fankom 1D za ich wsparcie. Nie mogła ich tak zaniedbywać. Usiadła na łóżku uruchamiając laptopa Louisa. Zastanawiała się, co spowodowało tak szybkie opuszczenie domu przez Liama. Zazwyczaj nie był impulsywny, ale ostatnio nie był sobą. Coś go gryzło i najwidoczniej nie radził sobie z tym. Odbiegła myślami od swojego przyjaciela skupiając się na swoim Twicamie. Już w pierwsze 5 minut zyskała dosyć sporą oglądalność. Ogarnąć ponad 20 tysięcy ludzi nie było łatwo. W każdym bądź razie nie musiała radzić sobie sama, bo po chwili przyłączył się do niej Zayn.
- Co robisz? – spytał na wejściu
- Twitcam. Musiałam odreagować. – uśmiechnęła się lekko – Co cię do mnie sprowadza?
Na ekranie już widoczne były pytania dotyczące głosu w tle. Dziewczyny znały się na rzeczy bo od razu zgadły, że był to Zayn.
- Przyszedłem zobaczyć, czy Louie się ogarnął, ale widzę, ze nadal terroryzuje kuchnię. – usiadł obok niej – Hej wszystkim! – uśmiechnął się słodko
Oczywiście pojawienie się Malika wywołało ogólnoświatowe podniecenie. Wszystko było okej i do tego po chwili dołączył się Niall. Wszyscy wspólnie konsumowali żelki i odpowiadali fanom. Jennifer chcąc czy nie chcąc pomogła im w jeszcze większym stopniu zbliżyć się do Directioners. Chłopcy oczywiście pośpiewali i zdradzili niektóre sekrety domowe.
- Nie wiem czy wiecie, ale Jennifer nie lubi się z Harrym! Ha! – powiedział zadowolony Niall – Teraz się tłumacz. – wystawił jej język
- Niall!!!!!! – zmarszczyła brwi – Skąd ten pomysł? Ja i Harry się kochamy. Naprawdę. – mówiła ze śmiechem
- O tak, jeżeli kogoś Harry kocha to na pewno nie Jennifer. – wybuchnął śmiechem Zayn
- Ale sami widzicie, że robimy postępy na drodze do porozumienia. Dzisiaj rano prowadziliśmy dialog! – mówiła z entuzjazmem
- Tak, tak. Nie tłumacz się. Powiedz, że jesteś zazdrosna, bo zabiera ci Louisa co drugą noc, a nie. – szturchnął ją Blondyn
- Jesteście okropni! – rzuciła w nich żelkami
- Marnujesz! – krzyknął Niall
Ich krzyki i śmiechy usłyszał nie kto inny jak Lou. Wszedł do swojej sypialni i lekko się zdziwił. Na jego łóżku leżeli Niall, Jen i Zayn. Dobrze się bawili. Przywitał się z fanami, ale porwał na chwile swoją dziewczynę na balkon. Miał dla niej wiadomość. Zostawił kumpli i wyszli.
- Kochanie, dzisiejsze wydarzenia jeszcze bardziej dały mi do zrozumienia, że potrzebujemy wakacji. Dzwoniłem do Paula. Pojutrze wyjeżdżamy. – uśmiechnął się lekko
- Louie! Tak szybko? To cudownie. – ucieszyła się
- Miałem nadzieję, że ci się spodoba.
- Wtedy w końcu będziemy mieli spokój. – przytuliła go
- Ty na to zasługujesz. – czule pogłaskał ją po plecach – Przepraszam, że na ciebie naskoczyłem. Poniosło mnie. – lekko pocałował jej czoło
- Kocham cię, wiesz?
- Nie wiem. – uśmiechnął się cwaniacko
- To teraz już wiesz. – złożyła na ego ustach czuły, subtelny pocałunek
Zayn i Niall nie zamierzali tego przegapić. Skierowali laptopa w stronę okna. Wszystko było dobrze widoczne. Mieli niezły ubaw wchodząc z butami w ich prywatność. Lou widząc ich poczynania zaśmiał się i wrócił razem z Jen do pomieszczenia. Pokiwali głowami z politowaniem, ale chłopcy nadal byli z siebie zadowoleni czytając grupowe „awwwww”. W każdym bądź razie w czwórkę kontynuowali jakże zabawny Twitcam.
            Liam dotarł na miejsce dopiero wieczorem. Naprawdę się spieszył, ale musiał być rozsądny. Nikomu nic nie powiedział. Miał nadzieję, że Margaret będzie chciała z nim rozmawiać. Miał plan. Wymyślił go na poczekaniu, ale miał nadzieję, że zadziała. Doskonale pamiętał dom, w którym mieszkała. Kiedyś bywał tam notorycznie. Tęsknił za tym miastem. Wszystko wydawało mu się tutaj takie ciepłe i pozytywne. Ulice, które znał doskonale przypominały mu o najlepszym okresie swojego życia. Czas spędzony z Andym i Margo był jednym z najlepszych. Nie ogarniał jak mógł zapomnieć o tej dziewczynie. Był bardzo nerwowy. Im bardziej zbliżał się do ulicy Margo tym bardziej drżały mu ręce. Nie wiedział co jej powie. Był pewien jednego- zależało mu. Chciał odzyskać to, co stracił jakiś czas temu. Zrozumie, jeżeli wyrzuci go z domu. Miał przed oczami same negatywne myśli. Dojechał. Zaparkował auto przy chodniku. Siedział jeszcze chwilę na siedzeniu. Wpatrywał się w okno przez które wielokrotnie uciekał w środku nocy. Wiedział, że zawsze o tej porze roku uchylała je. Znał ją doskonale. Każde jej zachowanie i reakcja była dla niego oczywista. Przez chwilę miał ochotę się wrócić. Nawet odpalił samochód, żeby odjechać. Szybko jednak zrozumiał, że nie po to tyle tu jechał, żeby teraz tak po prostu zawrócić. Wyszedł z auta. Przekroczył bramkę podwórka i skierował się w stronę okna. Nie chciał wchodzić do środka. Stwierdził, że serenada pod balkonem jest znacznie fajniejsza. Stał tam przez chwilę zbierając myśli. W końcu podniósł mały kamień i rzucił w szybę. Nie poskutkowało. Ponowił czynność. W tym momencie ujrzał twarz, za którą tęsknił. Wyglądała ślicznie, jak zawsze.
- Co tu robisz? – zapytała widocznie zdziwiona
Nic nie odpowiedział. Wziął głęboki oddech i robił to, co powinien. Nie miał dużo do powiedzenia. Jego uczucia idealnie opisywała ich piosenka „I should have kissed you”. Miał nadzieje, że zrozumie jego intencje. Spojrzał na jej zmieszaną twarz i nie spuszczając z niej wzroku zaczął śpiewać.
I keep playing it inside my head
all that you said to me
I lie awake just to convince myself
This wasn’t just a dream
'cause you were right here

And I should have taken the chance
But I got so scared
and I lost the moment again

It’s all that I can think about oh
your all that I can think about
Margaret wpatrywała się w niego. Nie mogła uwierzyć w to, co się działo. Liam był tu dla niej. Poczuła ciepło w okolicy serca i łzy napływające do oczy.
Is your heart taken?
Is there somebody else on your mind?
I’m so sorry, I’m so confused just 
tell me am I outta time?
Is your heart breaking?
How do you feel about me now?
I can't believe I let you walk away when
when I should have kissed you…
I should've, I should've oh
I should have kissed you
Liam czuł, że mu wierzy. Był w tym momencie autentyczny. Wszystkie słowa śpiewał z sercem. To była jego jedyna szansa. Jeżeli nie przekona jej tym, to już nic mu nie pomoże. Nie mówiła nic. Cierpliwie czekała, aż skończy. Kochała jego głos jak i charakter. Według niej był idealny. W tym momencie jej serce robiło salta. Była szczęśliwa i jednocześnie rozbita. Wiedziała, że jak tylko skończy podda się chwili, a o konsekwencjach pomyśli kiedy indziej. W każdym bądź razie druga zwrotka była tak samo piękna jak pierwsza. Ten utwór zawierał całą ich historię.
Every morning when I leave my house
I always look for you yeah
I see you everytime I close my eyes
what am I gonna do?
And all my friends say

that I’m punching over my weight
But in your eyes I 
saw how you were looking at me

It’s all that I can think about
your all that I can think about
Na końcu znów ten wspaniały refren. Margaret zniknęła z pole widzenia. Liam był zrezygnowany. Miał wrażenie, że zawalił. Ze spuszczoną głową poszedł w stronę swojego samochodu. Już miał wsiadać, kiedy usłyszał znany mu głos.
- Liam!
W drzwiach domu stała Margo. Szybko zamknął drzwi auta i powoli szedł w jej kierunku. Nie musiał długo czekać. Dziewczyna podbiegła do niego i rzuciła mu się na szyję. Słyszał jej cichy szloch. Od razu mocno ją przytulił. Chciał, żeby czuła się bezpieczna. Przeklinał siebie w myślach. Zranił ją, a teraz liczył, że mu wybaczy. Wiedział, że jego serce bije szybko. Denerwował się. Nie chciał, żeby płakała.
- Ej, nie płacz. – ujął jej twarz w dłonie – Jestem tu. – otarł łzy kciukami
- Dlaczego? – niemal wyszeptała
- Od kiedy wyjechałaś nie potrafiłem funkcjonować. Nie było chwili, żebym o tobie nie myślał. Zawładnęłaś mną. Czułem, że czegoś mi brakuje. Teraz wiem, że zachowałem się jak dupek. Przepraszam. – głos mu się urwał
Jemu także łzy napłynęły do oczy. Tak cholernie mu zależało. Nie potrafił nawet tego opisać. Czuł, że to z nią chce spędzić swoje życie. Być z nią w zdrowiu i w chorobie. Przytulił ją mocniej. Razem płakali. Im obojgu było ciężko.
- Co z Danielle? – zapytała ocierając mokry policzek
- To ona kazała mi przyjechać. Widziała, że nie jestem szczęśliwy. Miała rację. Nie chcę dłużej iść przez to wszystko bez ciebie.
Mężczyźni nie powinni płakać. On miał to gdzieś. Walczył o coś, bez czego nie może i nie chce dalej żyć. Każda łza, która spłynęła po jego twarzy była oznaką bólu. Nie wiedział, czy Margaret mu wybaczy. Tyle lat się nie odzywał. Zostawił ją sam z tym całym cierpieniem. Był przygotowany na odtrącenie. Ona jednak zbyt długo czekała na jego powrót, żeby teraz go spławić.
- Jeżeli chcesz, żebym odjechał zrobię to. – mówił przez łzy
- Nie. – zaprotestowała – Zostań ze mną. – prosiła
Spojrzała na niego błagalnie. Ostatnie czego potrzebowałaby w tym momencie to jego brak. Liam był od niej wyższy, więc stanęła na palcach i lekko go pocałowała. Ten gest podziałał na niego. Nachylił się i złączył ich usta, tym razem jednak w namiętny i zachłannym pocałunku. Teraz byli szczęśliwi. Mieli siebie. Czuli swoją bliskość i nie chcieli przerywać. Jednak mama Margo miała inne zamiary.
- Liam! Margaret! Zaraz będzie padać!
- Powinienem już jechać. – szeptał
- Zostań na noc. – odpowiedziała
- Twoja mama nie będzie zadowolona. Prześpię się u siebie i zobaczymy się rano, hm? – odgarnął kosmyk włosów z jej twarzy
- I tak wiem, że jak Andy się dowie, że jesteś w mieście to się nie wyśpisz. – wysiliła się na uśmiech – Wejdziesz chociaż na chwilę? – spojrzała z nadzieją
- Niech będzie. – chwycił ją za rękę i poszli w stronę domu
Miała być chwila, a wyszło jak zawsze. Margo usnęła, kiedy Liam śpiewał jej „Torn”. Li nie chciał jej budzić, więc został na noc. Teraz trzymał w ramionach cały swój świat. Cieszył się mając nadzieję, że tak będzie już zawsze.
            Następnego dnia w domu One Direction było zdecydowanie pogodniej. Jen i Harry dogadywali się coraz lepiej. W sumie wspólne robienie omletów jednoczy. Pomijając fakt, że oboje byli cali w mące i jajkach. Zachowywali się jak dzieci. Hazza nie zapomniał poskarżyć się Louisowi, w końcu jego piękne loki były całe w białku. Śniadanie można udać za udane. Po posprzątaniu całego bałaganu i skonsumowaniu owocu pracy zespołowej Jenni postanowiła wyciągnąć swojego chłopaka do MilkShake City. Wiedziała, że wywoła to sporo szumu, ale nie przejmowała się tym. Wsiedli do samochodu i pojechali. Był słoneczny dzień, więc w centrum jak zawsze było tłoczno. Oni jednak nie zwracali na to uwagi. Szli za ręce w kierunku MilkShake City. Louis jak zawsze nie mógł przejść spokojnie przez ulicę. Fanki były wszędzie, ale cóż, takie życie gwiazdy. Jen zostawiła swojego chłopaka na zewnątrz, a sama poszła kupić szejki. Stojąc w kolejce dostrzegła znajomą dziewczynę. Valentine grała na gitarze w tym samym miejscu co ostatnio. Jennifer odebrała swoje zamówienie i skierowała się w stronę Polki.
- Cześć. – powitała ją promiennie – Znów tutaj? – zaśmiała się
- Mam sentyment do tego miejsca. – wydusiła Valentine
- Co się dzieje? – spytała bezpośrednio – Zayn się martwi. Tak nagle urwałaś kontakt.
- Musiałam. – przygryzła nerwowo wargę
- Bo? – uniosła brew
- To długa historia. – odwróciła wzrok
- Mam czas. On się naprawdę martwi. – złapała ją za nadgarstek, kiedy chciała się odwrócić
- Au. – wysyczała
Jennifer się zdziwiła. Przecież nie ścisnęła jej na tyle mocno, żeby mogło ją to zaboleć. Teraz dostrzegła kolejny dziwny szczegół. Valentine miała na sobie bluzkę z długim rękawem, mimo tego, że na polu było ponad 25 stopni. Jen podwinęła jej rękaw. Ujrzała dosyć dużego siniaka, który nie był jedyny. Dziewczyna szybko oswobodziła swoją rękę. Była zła i zmieszana.
- Nikomu ani słowa. – wysyczała
-Nie zrobię nic bez twojej wiedzy, ale jeżeli potrzebujesz pomocy to wiesz gdzie mieszkamy. Możesz na nas liczyć. – mówiła przekonująco
- Nie mów Zaynowi, że mnie widziałaś. Odezwę się za niedługo. Teraz muszę lecieć. Cześć.
Dziewczyna zniknęła. Jenni była rozbita. Wiedziała, że siniaki nie oznaczają nic dobrego. Dlaczego każdy, kogo spotka wpada w jakieś kłopoty? Jej życie to fatum. Po chwili wróciła do swojego chłopaka, który był otoczony dziewczynami. Widziała na jego twarzy uśmiech. Przynajmniej jego humor nie uległ zmianie. Usidła na ławce obok szukając jakiegoś racjonalnego rozwiązania. Westchnęła. Jedyne czego była pewna to to, że czeka ją ciężki dzień.

~~~~~~~~~~~~~~~~~
Ta dam!!!!!
DEDIKATED FOR GOSIAAAA! MASZ DUPO I SIĘ CIESZY ;D
uwaga, chyba zrobię z Agathy i Harrego chorych napaleńców xD
Od teraz będę dawała rzadko notki ;/ ale 30 komentarzy musi być :D
+ Sex będzie na wakacjach na wsi xd ogarnijcie dupcie :D
++ Larry is real! I know it! = schiza bo widziałam całujących się gosci niczym Lou i Haroldzik, mrauć :d
Love! Mrs. Tomlinson

sobota, 7 kwietnia 2012

Rozdział 21

            Harry wraz z Zaynem i Agathą opuścili dom TW w pośpiechu. Hazza miał ochotę zabić Maxa, ale wiedział, że Agatha chce jak najszybciej stąd uciec. Teraz liczyło się tylko jej bezpieczeństwo. Zaniósł ją do samochodu i razem z Zaynem odjechali. Po drodze Harold zadzwonił do zaprzyjaźnionego lekarza. Zawsze, kiedy mieli jakiś problem ze zdrowiem dzwonili do Grega. Był facetem po czterdziestce, ale One Direction traktowali go jak wujka. Zawsze służył pomocną dłonią. W tym wypadku Harry nie zamierzał czekać. Chciał, żeby Greg jak najszybciej obejrzał Agathę. Obrażenia, które znajdowały się na jej twarzy nie były jedyne. Miała sine nadgarstki i siniaki na rękach. Hazza czuł się winny. Zrobiła to, aby ratować jego karierę. Nie mógł znieść faktu, że doświadczyła tyle bólu. Przeklinał się w duchu, za to, że jej nie obronił. Z drugiej strony, skąd mógł wiedzieć? Przecież zakończyła ich związek jak gdyby nigdy nic. Nie była nerwowa. Rzuciła krótkie „To nie ma sensu, potrzebuję swobody, przepraszam” i tyle. Nie chciał pozwolić jej odejść, ale jej ostatnie słowa sprawiły, że nie był w stanie jej powstrzymywać. „Jeżeli naprawdę mnie kochasz to nie każ mi się tu dusić” – tak go pożegnała. W głębi serca dziękował Jennifer. Gdyby nie ona z Agathą mogłoby być zdecydowanie gorzej. Zastanawiało go tylko co Jen robiła u The Wanted? Przecież każdy doskonale wiedział, że nienawidzili One Direction. Stwierdził, że to nie jego sprawa. Louis się tego dowie. Po dziesięciu minutach dojechali pod dom. Agatha chciała dojść sama, ale Harold jej nie pozwolił. Wziął ją na ręce i zaniósł do salonu. Położył ją na kanapie. Reszta domowników słysząc, że na dole ożyło opuścili swoje pokoje. Oczywiście za wyjątkiem Jennifer i Louisa, którzy spali sobie w najlepsze. Ruth widząc stan w jakim była jej przyjaciółka zakryła usta dłoniom z niedowierzania. Chciała podejść bliżej, ale Harry powiedział, żeby trzymali się z daleka. Agatha zdenerwowała się. Chciała wstać, ale poczuła jak zaczyna kręcić jej się w głowie, więc zaniechała próby. Po chwili przyjechał lekarz. Harry od razu zaprowadził go do salonu gdzie Liam próbował dowiedzieć się co się stało. Nikt nic nie mówił. Greg w milczeniu opatrywał rany dziewczyny. Zszył rozwalony łuk brwiowy i przepisał środki przeciwbólowe.
- Harry, musicie to zgłosić na policję. – powiedział poważnie lekarz
- Wiem.
- Nie. – zaprotestowała Agatha
Hazza podszedł do niej i delikatnie ją pocałował. Wiedział, że musi stopniowo ją do tego przekonać.
- Kochanie, nie chcę, żeby ten kretyn ci zagrażał. – szeptał
- Ale to wszystko nie jest potrzebne. – upierała się
- Jest. – pogłaskał ją dłonią po policzku.
Agatha nic już nie mówiła. Wiedziała, że Harry się martwi. W sumie to była jej wina. Zawsze nie miała przed nim tajemnic, a teraz ukryła przed nim groźby Maxa. Po pożegnaniu doktora Grega wszyscy usiedli w salonie wysłuchując wyjaśnień.
            Kiedy Jennifer się obudziła Lou nadal był przy niej. Parzył na nią z uśmiechem na twarzy. Przetarła oczy i spojrzała na zegarek. Spała około godzinę. Lou miał pewien pomysł. Stwierdził, że i jemu i Jen przyda się krótki urlop. Musi pogadać z Paulem. Zamierza zabrać Jenni na trzy dni z Londynu. Po tej całej akcji przyda im się cza spędzony we dwoje.
- O czym myślisz? – zapytała spoglądając na niego badawczo
- Co powiesz na trzydniowy wyjazd? – uśmiechnął się cwaniacko
- Hmm... To może być dobry pomysł, a gdzie chcesz jechać? – zaciekawił ją pomysł Lou
- Nie wiem, myślałem nad pobytem na wsi. Cisza, spokój. Może nawet brak papparazzi. Zawsze wolałem jakieś mieścinki od wielkich miast. Jeśli ci to nie odpowiada to możemy polecieć do... – przerwała mu
- Pasuje mi. – pocałowała go delikatnie
Jenni sięgnęła po telefon, który leżał na szafce nocnej. Odpisała na smsa, którego dostała wcześniej. Louis spojrzał badawczo.
- Z kim piszesz? – powiedział zabierając jej telefon, Jen patrzyła na niego niewzruszona – Vanessa? Kim jest Vanessa?
- Waszą fanką? – spojrzała z politowaniem
- Skąd ma twój numer? Nikomu nie dawałem, obiecuję. No może za wyjątkiem Harrego, bo chciał, ale tak to nikomu. – mówił szybko
- Sama jej dałam. – dotarły do niej słowa Louisa – Harry chciał mój numer? – skrzywiła się z niesmakiem
- To dziwne, ale tak. Nie pytałem po co, ale jak ktoś zadzwoni do ciebie w środku nocy i będzie sobie robił żarty będąc na Twicamie to możesz być pewna, ze będziemy to my. – mówił czytając skrzynkę odbiorczą swojej dziewczyny
- „Czy Louis ma naprawdę tak seksowny tyłek na wygląda na zdjęciach?” – Louis wytrzeszczył oczy – Ciekawe macie tematy. – mówił nadal przerażony
- Wybacz, taki już los bycia dziewczyną posiadacza najseksowniejszego tyłka na świecie. – wzruszyła ramionami – Ale my nie rozmawiamy tylko o twoim tyłku. – tłumaczyła się
- No oczywiście, że nie. – powiedział z ironią – Dostałaś smsa. Czekaj, przeczytam ci. – odczytał wiadomość, a jego twarz zrobiła się czerwona, widocznie treść była zawstydzająca. – Czy ona właśnie zapytała o długość mojego przyrodzenia!?!?!?!?! – przystawił Jen telefon pod sam nos
- Co?! – wybuchła śmiechem – Skąd ja mam to wiedzieć? – spojrzała na niego pytająco zabierając mu telefon
- Wiesz, ja mogę jej odpisać. – uśmiechnął się figlarnie
- Nie! Od razu na Twitterze się pochwal, zdjęcie zrób, w ramkę opraw. – odpisała na smsa „Lou to widział, chyba się nie dowiesz”.
- Oj Koooochanie. To ty rozmawiasz z dziewczętami, które mają nieczyste myśli. Moje bezpieczeństwo zostało naruszone. Chyba powinienem zamontować sobie kłódkę przy bokserkach, taką na kod. – mówił z udawaną powagą
- Może od razu na skaner siatkówki? – zaśmiała się
- No chyba twojej. – uśmiechnął się figlarnie
Rzuciła go poduszką.
- Nie wiedziałam, że twoja prawa ręka ma oczy.
- O nie! O to nie możesz mnie posądzić! Nie nie nie! To są jakieś kpiny! Takie zarzuty to do Zayna, już od dawna z nikim nie spał. – udał obrażonego
- Sugerujesz, że ty spałeś? – uniosła brew
- Em.. Kurde, wpadłem. Ma na imię Harriet. – na jego twarzy zagościł lekki grymas – Ma kręcone włosy i cudowne zielone oczy. Postawą może lekko przypomina mężczyznę, ale z papierową torbą na twarzy idzie się przyzwyczaić. – mówił całkiem serio i wzruszył ramionami z lekkim grymasem
- Hahahahahah! – spadła z łóżka – Zapomniałeś dodać, że ma cztery sutki, no nie mów, że cię to nie kręci. – zaśmiała się jeszcze głośniej
- Skąd wiesz o jego, znaczy jej, czterech sutkach?! – wytrzeszczył oczy
- Oglądałam twój album z napisem „Larry Stylinson”. Wybacz mi ten uczynek. O ja niegodna. Co ja pocznę w obliczu tej tragedii?! – udała rozpacz
- Na stos wiedźmo! – krzyknął – Idę po czosnek!
- Louie, to nie ta bajka. – spojrzała na niego z politowaniem
Tą oto wymianę zdań przerwał dźwięk nadchodzącego smsa. Lou i Jen spojrzeli na siebie gotowi, aby stoczyć walkę, o to, kto pierwszy przeczyta smsa. Telefon znajdował się mniej więcej w równym dystansie od nich. Ostatni raz wymienili spojrzenia i.. ruszyli! Walka była zacięta, pełno krwi i zniszczeń. Louis zgubił dwie jedynki. Spokojnie, to tylko słaby żart narratora. W każdym bądź razie Jenni wygrała.
- Ruth pisze, że Harry i Zayn już wrócili. Niestety Misiu, musimy iść na dół.
- Od kiedy tak bardzo spieszy ci się do mojego Harolda? – spojrzał na nią badawczo
- Od kiedy poszedł na poszukiwania Agathy. Chcę się dowiedzieć jak mu poszło, to chyba normalne.
- Nie do końca. On by się nie spieszył. – mówił wygodnie układając się na łóżku
- Nie wymyślaj, tylko rusz tą swoją niesamowicie sexy dupcie z naszego łóżka i patatajaj na dół. – powiedziała otwierając drzwi i w dobrym humorze skierowała się na dół. To co tam ujrzała wywołało lekki napad lęku.
            Agatha leżąca na kanapie zauważyła Jen wchodzącą do pomieszczenia. Cieszyła się, że nic jej nie jest. Wyglądała na wypoczętą, a przynajmniej miała nadzieje, że była. Jennifer nie czekając długo podbiegła do przyjaciółki. Harry nic nie mówił, w końcu Jenni ją w pewien sposób uratowała. Był jej wdzięczny za to, co mu powiedziała, ale nie okazywał tego. Nadal była w jakimś stopniu obca. Nie wiedział co o niej myśleć. Zgromadzeni przypatrywali się reakcji Jen. Dziewczyna uklękła przy kanapie i chwyciła dłoń Agathy. Jej humor szybko uległ zmianie. Jej twarz ze szczęśliwej stała się zmartwiona. Nie mogła wydusić słowa. Lou po chwili dołączył do reszty. Nie wiedział co się stało. Jedyne co wcześniej wiedział, to to, że Harry najprawdopodobniej pokłócił się ze swoją dziewczyną z rana, bo opuściła dom trzaskając drzwiami. Nie przypuszczał, że Max jeszcze kiedykolwiek zbliży się do Agathy.
- Jennifer, jesteś cała? Czy on nic ci nie zrobił? – dopytywała wybranka Harolda
- Nie, wszystko w porządku. Jak się czujesz? – pytała przerażona
Louisa zamurowało. Kto i w jaki sposób zagrażał Jen? O czym nie wiedział? Poczuł jak jego zdenerwowanie rośnie.
- Jenni, o kim mówi Agatha? – patrzył na nią roztrzęsiony
- O Maxie. – powiedział Hazza
- Co ty do cholery robiłaś u Maxa?! – wykrzyczał wściekły
- Mieszkałam. – powiedziała cicho bojąc się dalszego rozwoju sytuacji
- Co ci odbiło?! Przecież on jest niebezpieczny! – wychodził z siebie
- Lou, spokojnie. Ona nie wiedziała o niczym. – pierwszy raz Hazza stanął w jej obronie
- Dzięki Harry. Wybaczcie, nie czytam w myślach. Kiedy byłam z Ruth w klubie i doskonale bawiłam się z Maxem też nikt mi nic nie powiedział. Dopiero kiedy usłyszałam jego rozmowę z Agatha, kiedy u niego byłam posklejałam fakty i zdałam sobie sprawę, że coś jest nie tak. – mówiła spokojnie
- Ale coś musiało się stać skoro rano znalazłem cię w Paradise. – dodał Harold
- Jenni? – Lou przytulił ją czule – Czy stało się coś o czym powinniśmy wiedzieć?
Jennifer spojrzała na niego smutno. Nie chciała mówić o starciu z Maxem, ale kolejny zatajony fakt dodatkowo pogorszyłby sprawę.
- Jeżeli ten kretyn się do ciebie dobierał to go zabiję. – Lou nerwowo zacisnął pięść
- Nie rób nic głupiego. – prosiła
- Czyli jednak. – odszedł od niej i mocno uderzył pięścią w ścianę
- Louie, ale jestem cała. Nic mi nie jest. Proszę nie bądź zły. – mówiła smutna
- Kochanie, nie jestem zły na ciebie. – mocno ją przytulił – Tylko mam ochotę go zabić.
- Nie tylko Ty. – mówił Harry czule gładząc rękę swojej dziewczyny
Wszyscy wspólnie siedzieli jeszcze przez jakiś czas w salonie. Nie mieli humor na nic innego. Liam mimo wszystko był zobowiązany wynagrodzić swojej dziewczynie w jakiś sposób ostatnie dni. Nie czuł się na siłach, ale nie mógł ciągle jej odtrącać. Postanowili wybrać się do kina. Danielle wybrała komedię, żeby rozluźnić atmosferę, ale Liam cały czas był nieobecny. Jego myśli znajdowały się w okolicach Wolverhampton. Co chwilę słyszał cichy śmiech swojej dziewczyny, ale nie potrafił się skupić. Margaret zawładnęła całym jego umysłem. Po zakończonym spektaklu poszli na obiad, na której robił wszystko, by nie myśleć o Margo. Po części mu się udawało, ale niestety tylko po części. Kiedy Danielle poszła do toalety na dobre się wyłączył. Przypomniał sobie ich pocałunek i płacz Margaret. Nie mógł usiedzieć na miejscu. Tak bardzo żałował tego wszystkiego. Tęsknił za nią. Tak bardzo mu jej brakowało. Wiedział, że zrani Danielle zostawiając ja, ale sam musiał wrócić do normalności, a brak kontaktu z Margo tylko pogarszało sprawę. Po zakończonym posiłku wspólnie wrócili do domu. Danielle czuła, że jej chłopak jest jakiś nie swój. Musiała dowiedzieć się o co chodzi. Od razu po przekroczeniu domu skierowała się do kuchni, gdzie siedział Louis z Ruth. Najprawdopodobniej próbowali coś ugotować. Dziewczyna widziała jak Liam powoli, ze spuszczoną głową kieruje się na górę.
- Louis, powiedz mi, dlaczego Liam zachowuje się jakby był nieszczęśliwy? – wyłożyła kawę na ławę
- Hmm.. Nie wiem. W sumie to nie był taki, ale potem przyjechała Margo z Andym i jakoś tak posmutniał. – mówił, czule mieszając zupę
- Margo? Kim ona właściwie dla niego była? – spojrzała pytająco
- W zasadzie to chodzili ze sobą, tylko tyle wiem. Aha i jeszcze to, że jakoś coś chyba pokłóciła się z Liamem, bo chciała szybko wyjechać. Ale czemu pytasz mnie? Jego zapytaj.
Danielle wiedziała już wszystko. Jej chłopak był nieszczęśliwy, a ona nie mogła na to patrzeć. Weszła do ich pokoju. Liam rozmawiał  z kimś przez telefon.
- Andy, musze Kończyc. Trzymaj się. – odłożył telefon na szafkę
- Liam. Widzę co się dzieje. – wyraźnie posmutniała – Nie jesteś szczęśliwy. Tęsknisz za nią. Widzę to. Kocham cię strasznie, ale nie mogę patrzyć jak się męczysz. Powinieneś tam pojechać. Znajdź ją Liam. Myślę, że ona potrzebuje cię tak samo jak ty jej. – pogładziła jego policzek dłonią – Ja pragnę jedynie tego, żebyś był szczęśliwy. Wiem, że z nią będziesz. Weź samochód i jedź, póki nie jest za późno. – mówiła ze łzami w oczach
- Danielle, ja... – przerwała mu
- Nic nie mów. Po prostu bądź szczęśliwy. Ja to szanuję. Nie wybaczyłabym sobie, gdybym trzymała cię przy sobie na siłę. Bądź z nią szczęśliwy. Zasługujesz na to. – pocałowała go delikatnie
- Przepraszam. – powiedział cicho
- Idź. – popędzała go
Wstał i niemal wybiegł z pokoju. Na dole szybko założył na siebie bluzę, wziął kluczyki od auta i wyszedł. Danielle stała w oknie zapłakana. Wiedziała, że zrobiła to, co powinna. Spojrzała przez szybę widząc tylko czarne odjeżdżające auto.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Macie :D 
Od razu mówię, ze kocham Danielle, ale w tym blogu miało być inaczej ;)
Dedikejted for maj sister :D To z nią pisałam inteligentny dialog Jen i Lou :D
Potem napiszę coś od siebie bo się spieszę hahah xD
+ 30 komentarzy musi być ;p
Love!