sobota, 23 czerwca 2012

Rozdział 32


                Jennifer niecierpliwie czekała w salonie na powrót swojego chłopaka. Ona jako jedyna postanowiła zostać w domu, zamiast jechać na lotnisko. W ostatnim czasie zbyt dużo mówiono na temat jej związku z Lou. Sugerowali, że ich relacja jest jedynie na pokaz i nie łączą ich żadne uczucia. Nerwowo stukała obcasem o posadzkę nie mogąc się doczekać, aż ujrzy swojego mężczyznę. Może się wydawać, że nie widziała go zaledwie tydzień, ale to zdecydowanie za dużo dla kogoś, kto nigdy wcześniej tak mocno nie kochał. Co chwilę spoglądała na zegarek. Minuty mijały, a w drzwiach nadal nikt się nie pojawił.
- Czemu ich tak długo nie ma? – mówiła do siebie.
W obecnym momencie o niczym nie marzyła bardziej, niż o tym, żeby znów poczuć Lou przy sobie. Po upływie kolejnych piętnastu minut, udała się na papierosa. Te schody na tyłach domu kojarzyły jej się tylko z Zaynem. Spokojnie wdychała dym, żeby się rozluźnić. Nagle usłyszała za sobą szelest. Odwróciła głowę, a w drzwiach prowadzących do domu stał on, jej mężczyzna. Szybko zgasiła papierosa i podniosła się na równe nogi. Chłopak uśmiechnął się słodko i czekał na reakcję swojej dziewczyny.
- Louis... – wyszeptała szczęśliwa.
- Tak, to ja. – zaśmiał się i podszedł do niej. Nie dotykał jej jednak. Dzieliły ich centymetry, ale czekał na jej ruch. Nie musiał czekać długo.
Jen mocno wtuliła się w ciało Lou, a on odwzajemnił uścisk. Na jego twarzy cały czas widniał uśmiech. Mimo tego, że był zmęczony podróżą, nie mógł opanować szczęścia.
- Nareszcie mam cię z powrotem. – wyszeptała nadal znajdując się w jego ramionach.
- Cholernie za tobą tęskniłem. – powiedział chwytając jej podbródek. Odgarnął niesforny kosmyk włosów z jej czoła po czym złożył na nim czuły pocałunek. Ten prosty gest doprowadził ją do wzruszenia. Miała ochotę płakać i nigdy więcej nie wypuszczać go nigdzie. Za bardzo tęskniła, zdecydowanie za bardzo. Pojedyncza łza spłynęła po jej policzku. – Kochanie, nie płacz. – powiedział z troską i starł łzę. – Już jest w porządku. Jestem tu i na razie nigdzie się nie wybieram, na pewno nie bez ciebie. – pochylił się w jej kierunku i lekko musnął wargami jej usta.
Właśnie tego brakowało jej przez te wszystkie dni. Tej pewności, że jest z nią i niczego nie musi się bać. Przejechała dłonią do jego policzku i uśmiechnęła się lekko.
- Chodźmy do domu. Pewnie jesteś zmęczony.
- Nie, jest w porządku. Jesteś ze mną, niczego więcej nie potrzebuję. – zapewniał.
- Przecież widzę. – zmarszczyła brwi. – Znam cię na pamięć, idziemy spać. – zarządziła.
 - Dobrze to określiłaś- oboje idziemy. – objął ja ramieniem i weszli do domu.
            W salonie panował nieład. Walizki stały na środku, a stęsknione pary zajmowały się sobą. Jednak dwójka domowników gdzieś się zapodziała.
- Em… Gdzie Agatha i Harry? – zapytała zdezorientowana Jen.
- Nie chcieli zakłócać naszego snu swoim „cieszeniem się sobą”. If you know what I mean. – zaśmiała się Valentine.
- Ta dwójka to najbardziej niewyżyte seksualnie osoby jakie znam. – podsumowała Jenni.
- Przynajmniej dobrze się dobrali. – stwierdził Zayn, który swoją drogą trzymał w objęciach Valentine. Wyglądali razem na szczęśliwych. Ona, zdecydowanie niższa od niego, drobna i szczupła. On, wyższy i umięśniony. Pod względem charakteru pasowali do siebie idealnie. Ona lubiła niegrzecznych chłopców, a on szukał dziewczyny, dla której mógł być bohaterem. Mimo tego, iż Zayn i Valentine spędzili razem kilka ostatnich dni, udzieliła im się atmosfera panująca w salonie.
Margo i Liam też nie szczędzili sobie czułości. Co chwilę można było usłyszeć wyznani różnego typu. Od grzecznych zaczynając, a na niegrzecznych kończąc.
- Pozwólcie, że się ulotnimy. – powiedział Li wychodząc z pomieszczenia.
- Pożyczyć wam prezerwatywy? – zaśmiał się Zayn.
- Dzięki za chęci, ale mam swoje. – odpowiedział mu Payne z cwaniackim uśmiechem.
Po jakże interesującej wymianie zdań w salonie zapadła cisza. Dopiero Jennifer przerwała krępujące milczenie.
- Gdzie jest Niall?
- Od razu jak weszliśmy do domu poszedł do siebie. Źle się czuł czy coś takiego. – odpowiedział Zayn.
- To dobrze. Niech odpocznie. Louis, ty też powinieneś. – zwróciła się do swojego chłopaka.
- Mówiłem ci już, jest okej. Nie jestem aż tak zmęczony. – kłamał jak z nut.
- Ta, jasne. – zakpiła. – Idziemy, no już, rusz się. – poganiała go.
Lou pokiwał głową z politowaniem i poszedł za Jen. Kiedy znaleźli się w sypialni, ona zdjęła z niego koszulę i pocałowała zagłębienie jego obojczyka. Wiedziała, jak bardzo to lubi.
- Prysznic? – zapytał kusząco.
Nic nie odpowiedziała. Poszła do łazienki i pozbyła się swojej bluzki. Z resztą ciuchów pomógł jej Tommo. Wspólnie weszli do brodzika, a Jen okręciła kurek z ciepła wodą. Dokładnie obmywali swoje ciała. Tu nie chodziło o sex. Raczej o potrzebę bycia razem. Ta prosta czynność zbliżyła ich do siebie jeszcze bardziej. Nie wstydzili się siebie. Byli pewni, że chcą siebie nawzajem. Po prostu byli w sobie szaleńczo zakochani. Po zakończeniu wspólnego prysznica położyli się do łóżka. Ona, wtulona w jego tors, on czule ją obejmujący. - Spanie w pustym łóżku to najgorsza rzecz jaka przytrafiła mi się w ostatnim czasie. – stwierdziła.
Lou podsumował to śmiechem.
- Spanie w naszym tour busie też nie było najfajniejsze. Zdecydowanie bardziej wole nasze łóżko. Chociaż... – zamyślił się. – Obojętnie gdzie, byle by z tobą. – pocałował jej czoło i jeszcze bardziej przygarnął ją do siebie.
- Kocham cię. – wyszeptała tonąc w jego pięknym spojrzeniu.
- Ja też cię kocham.
Nie musieli długo czekać aż sen nadejdzie. Po chwili oboje zasnęli.
            Niall od kilku dni miał fatalny humor. Ruth nie miała zamiaru wracać, a on nie potrafił sobie z tym poradzić. Przy chłopcach wkładał maskę i udawał, że wszystko jest w porządku. Tak niestety nie było. Nialler należał do tego typu ludzi, którzy zakochują się tylko raz. To właśnie do Ruth poczuł miłość. Jeszcze za czasów, kiedy umawiała się z Zaynem, on nie mógł nas sobą zapanować. Był zazdrosny. Teraz nie wyobrażał sobie życia bez niej. Przykładem była dzisiejsza sytuacja na lotnisku. Zayn i Valentine szli za rękę, Margo i Agatha czekały na swoich chłopaków przy wyjściu, a na Lou w domu czekała Jennifer. Był rozbity. Każdy z jego przyjaciół miał przy sobie swoje szczęście, a on miał ochotę polecieć do zawszawionej Brazylii i znaleźć swoją dziewczynę. Przytulić ją i powiedzieć, że nie potrafi i nie chce bez niej żyć. Wiedział jednak, że nie zna dokładnego adresu, a ona sama by mu nie podała. W tym momencie leżał na swoim łóżku patrząc w sufit. Nawiedzały go miliony różnych myśli. W pewnym momencie doszedł do mało przyjemnego wniosku. Podniósł się i oddychał gwałtownie.
- Co jeśli ma innego? – mówił do siebie. – To na pewno prawda. W przeciwnym razie wróciłaby do mnie. Kochała mnie do cholery! – do jego oczu napłynęły łzy.
Był bezsilny. Nie chciał słuchać, że wszystko się ułoży. Nie chciał, żeby każdy próbował mu pomóc. Chciał tylko jej.

Czasem w życiu podejmujemy błędne decyzje. Bardzo często ich żałujemy. Jeśli jednak jesteśmy na skraju wyczerpania, wszystkie nasze myśli krążą wokół błędnych rozwiązań. Natarczywe pragnienie ulgi popycha nas do zrobienie czegoś głupiego. Mamy wrażenie, że to nam pomoże. Niestety zazwyczaj źle się to kończy. Trudno się dziwić. W końcu od kiedy robienie sobie krzywy można zaliczyć do dobrych rzeczy?

Niall wstał ze swojego łóżka i z szuflady w szafce nocnej wyciągnął czerwone pudełeczko, które zawierało pierścionek. Zamierzał się oświadczyć po powrocie Ruth. Teraz jednak wszystko legło w gruzach. Zamknął szufladę i skierował się do łazienki. Otworzył szafkę znajdująca się obok lustra i zaczął szukać przedmiotu, który ulży jego cierpieniu. Po chwili znalazł. Piękna, srebrna żyletka. Usiadł pod ścianą kładąc obok siebie wcześniej wymienione pudełeczko. Oddychał ciężko zastanawiając się nad słusznością swojego postanowienia. Odrzucił od siebie wszystkie wątpliwości. Był pewien. To był plan idealny. On jedyny wiedział jaki ma cel. Otarł łzy płynące po jego twarzy i przyłożył żyletkę do nadgarstka. Wziął głęboki oddech.
- Za miłość. – uśmiechnął się desperacko i wykonał cięcie.

Kilka dni później…

Szpitalna sala. Rosnące napięcie. Jedno pytanie: czy Niall się obudzi?
            Każdy dzień od tamtego wydarzenia był niespokojny. Ciągle zmieniający się stan, transfuzja, komplikacje. Cały świat wstrzymał oddech na wieść o próbie samobójczej Nialla Horana.  Miliony wiadomości, kwiatów, słów współczucia. Nikt nie przeszedł obojętny. Wszyscy domownicy obwiniali się za to całe zdarzenie. Nikt nie zauważył, nikt nie pomógł. Strach pomyśleć co stałoby się, gdyby Zayn nie przyszedł po swój żel pod prysznic znajdujący się w torbie Blondyna. Malik mógł czuć się bohaterem, uratował mu życie. Jedynym problemem pozostawał fakt, że nie było wiadomo kiedy i czy w ogóle Niall się obudzi. Ruth, która na wieść o tym co się stało od razu wróciła do Londynu, nie opuszczała swojego chłopaka na krok. Mało spała i tyle samo jadła. To było niezdrowe zwłaszcza dlatego, że to ona oddała Horanowi swoją krew. Brak apetytu jednak utrudniał jej wszystko. Całe dnie spędzała w szpitalu. Trzymała Nialla za rękę i mówiła do niego mając nadzieję, że ją słyszy. Tym razem nie było inaczej…
- Kochanie proszę... – mówiła przez łzy – Przysięgam, że nigdy więcej cię nie opuszczę, tylko obudź się. Błagam.
Bez skutku. Kolejny stracony dzień.
            Nazajutrz do Ruth dołączyła Jennifer, Louis, Liam i Margo. Reszta odsypiała po wczorajszej zmianie. Jedynie dziewczyna Nialla nie odczuwała potrzeby snu. To nie zmieniało jednak faktu, że każdy próbował do niej dotrzeć.
- Musisz się porządnie wyspać i coś zjeść. Bledniesz w oczach. – powiedziała Margo.
- Nie chcę, dajcie mi spokój. – mówiła siedząc na krześle obok szpitalnego łóżka.
- Nie chcę być wredny, ale naprawdę chcesz, żeby Niall, kiedy się obudzi, zobaczył cię w takim stanie? – skrzywił się Lou, na co Jen szturchnęła go łokciem. – Au.
- Chcę tu być kiedy odzyska przytomność. – obstawała przy swoim.
- W takim razie pójdę do bufetu i przyniosę ci coś do jedzenia. Nie będziesz musiała się stąd ruszać, hm? – zasugerowała Jennifer na co Ruth tylko skinęła głową.
- Pójdę z tobą. – odezwał się Louis i oboje wyszli z sali.
Nie minęła chwila, kiedy stało się coś przełomowego. Niall poruszył ręką. Ruth nie mogła tego nie odczuć. Wpatrywała się w swojego chłopaka z nadzieją. Wyglądał tak niewinnie i bezbronnie.
Kolejne drgnięcie palców. Uchylenie powieki. Tęcza po burzy.
- Niall... – wyszeptała zdezorientowana Ruth.
Otworzył szerzej oczy i rozejrzał się po sali. Dostrzegł swoją dziewczynę i na ustach pojawił mu się lekki uśmiech.
- Niebo? – powiedział ledwo słyszalnie. Tylko siedząc naprawdę blisko niego dało radę zrozumieć jego słowa.
- Nie, kochanie. Żyjesz, a ja tu jestem. – mówiła przez płacz. Jej ręce drżały.
- Nie zostawiaj mnie.
Mimo, iż jego głos był bardzo cichy, dało się wyczuć błagalny ton jego słów.
- Nie zostawię. Przysięgam.
Niall odetchnął jak gdyby z ulgą. Milczał jeszcze przez chwilę nie spuszczając wzroku z Ruth.
- Jestem taki zmęczony. – mówił bardzo niewyraźnie i z przerwami. Miał coraz mnie siły.
- Śpij, jak się obudzisz nadal tu będę. – podniosła się i złożyła na jego ustach lekki pocałunek. Uśmiechnął się ponownie. – Dobranoc skarbie. – powiedziała i zajęła swoje wcześniejsze miejsce.
Niall tylko lekko skinął głową i zamknął oczy. Wszyscy z uwagą przyglądali się całej sytuacji. Dopiero, kiedy Blondyn zasnął Margo podeszła i przytuliła dziewczynę. To było dla niej ciężki dzień…

______________________________
Przepraszam, że tak długo czekaliście, ale nie miała weny i wgl... Słabo było.
Ten rozdział taki ni z dupy. Sorka. Jeśli o Nialla chodzi to tak miało być od początku, jeśli to zepsułam - wybaczcie.
Pytania tylko na: http://ask.fm/DeeDirectioner
W ostateczności Twitter : @Dee_Directioner
Still love Ya, Dee.

czwartek, 7 czerwca 2012

Rozdział 31


            Minął tydzień od rozpoczęcia trasy przez chłopców. W tym czasie odwiedzili już Hiszpanię i Portugalię. Jeśli chodzi o kontakt, to dzwonili niemal codziennie. To stało się zabawne, bo zazwyczaj każda z dziewczyn dostawała telefon o tej samej godzinie, co oznaczało, że koncert lub próba dobiegły końca. Zazwyczaj rozmowa trwała godzinę, czasem dwie. Wszystko zależało od poziomu ich zmęczenia lub ilości czasu wolnego. Dziś jednak było inaczej. Louis zadzwonił do swojej dziewczyny, aby nie robiła sobie planów na wieczór. Zrezygnował z wyjścia do francuskiego klubu, aby porozmawiać z Jen. Oczywiście doceniła ten gest i wykonała jego prośbę. W zasadzie to od wyjazdu One Direction, dziewczyny nie miały zbyt dużo do roboty. Dom był czysty, gotować dla trzech osób nie było sensu, a na rozrywki wszelkiego typu nie miały ochoty. Całymi dniami przesiadywały w Milkshake City, albo w domu przed telewizorem. Margo w ten weekend postanowiła dotrzymać im towarzystwa, więc przyjechała. Całą sobotę spędziły na monotonnych zakupach. Jedyną rzeczą, która jeszcze w jakiś sposób ich zaskakiwała było to, że spotykali cały czas inne fanki. Jen jednak nie mogła skupić się na zakupach. Chciała, żeby wieczór jak najszybciej nadszedł, a ona mogła znów usłyszeć dźwięczny głos swojego chłopaka.
- O czym myślisz? – zapytała Margo
- O Lou. Dokładnie za 5 godzin i 22 minuty go usłyszę. – westchnęła – I zobaczę. – dodała po chwili. W końcu umówili się na skype. Kamera w tym wypadku była ich wybawieniem. Co prawda nie oddawała dotyku ani zapachu, ale obraz był wystarczający.
- No to zazdroszczę. – zaśmiała się Agatha – Hazza powiedział, że francuskie kluby są czadowe i musi tam pójść. – powiedziała obojętnie upijając łyk kawy.
- Wytrzymamy. Za dwa tygodnie lecimy do Berlina, więc odbijemy sobie tą nieobecność. – zaśmiała się Valentine
- Tsa, tylko, że my musimy wracać z powrotem do Londynu, a ty zostajesz. – zmierzyła ją wzrokiem Margo
- Wolałabym wrócić z wami. Nie to, że nie chcę być z Zaynem, ale Polska nie kojarzy mi się dobrze. – westchnęła
- To wróć z nami i po kłopocie. – powiedziała Agatha konsumując truskawkowe ciasto
- To nie jest takie proste. Zayn się uparł. Nie wiem co kombinuje, ale był bardzo uparty kiedy mnie o to prosił. Zrobię dla niego wszystko. Nawet wrócę do Polski.
- Z Malikiem krzywda ci się nie stanie. Będzie dobrze. – pocieszała Jenni – A teraz błagam! Niech ten czas szybciej leci!
- Wariatka. – zaśmiała się Agatha
- Ale pamiętaj, że miłość nie istnieje. – droczyły się z nią dziewczyny
- Bardzo śmieszne. – zmierzyła ich wzrokiem i zaczęła przeglądać zakupiony wcześniej magazyn.
Reszta popołudnia była mało fascynująca. Oglądanie łzawych komedii w domu nie było dobrym pomysłem. Wszystkie rozkleiły się totalnie i ubolewały nad faktem, że ich mężczyzn nie ma z nimi. W końcu teraz mogłaby płakać w ich ramionach, ale cóż, życie jest ciężkie.
            W końcu nadeszła wymarzona godzina. Jen usadowiła się wygodnie na łóżku, które należało do niej i Lou, po czym odpaliła laptopa.
- Nie ma go. – powiedziała pod nosem wertując wzrokiem listę swoich kontaktów, która w zasadzie ograniczała się jedynie do Margo i członków One Direction. – Zapomniał. – tym razem pomyślała. Na jej twarzy zawitał smutek i rozczarowanie. – Przyjdzie, na pewno. – wmawiała sobie. Jednak minęło 5 minut, 10, 15... – To bez sensu. – już chciała zamknąć laptopa, kiedy usłyszała charakterystyczny dźwięk nadchodzącego połączenia.
- Jenni? Słychać mnie? – zapytał dobrze znany jej głos
- Tak, doskonale. – mimowolnie się uśmiechnęła
Po chwili kamera się włączyła, więc ujrzała twarz, za która tak bardzo tęskniła. Jednak było tam też coś innego, nowego.
- Dziecko? – zapytała zdziwiona
- Ah, tak. To jest Lux. Córka naszej stylistki (?). Czyż nie jest urocza? – mówił sadzając obok siebie dziewczynkę
- Tak, to prawda, ale czy ten aniołek nie powinien spać o tej godzinie? Lou, jest dziesiąta.
- No właśnie powinna, ale Harry był na tyle inteligentny, że zamiast o ósmej, uspał ją o czwartej. Teraz wstała i nie będzie mi dawała żyć przez pół nocy.
Dziewczynka się zaśmiała, jak gdyby wiedziała o czym mówił Louis. Jen widząc jak opiekuńczy w stosunku do dzieci jest Lou poczuła coś dziwnego. Uczucie, którego wcześniej nie znała. Wiedziała jedynie, że na pewno ma to związek z jej chłopakiem.
- A co tam u ciebie? Jak minął dzień? – te same pytania co zawsze.
- Bez zmian. Obudziłam się o dwunastej, śniadanie, a w zasadzie obiad zjadłyśmy na mieście, potem Milkshake, zakupy, wróciłyśmy do... – przerwał jej
- Płakałaś? – przyglądał się monitorowi z uwagą – Masz podpuchnięte oczy. – jego mina była poważna, bał się, że dzieje się coś złego.
- To nic takiego. Głupie filmy. – zaśmiała się lekko
- No chyba nie płakałaś na tych durnych romansidłach? – spojrzał z rozbawieniem
- No dalej, śmiej się. Dziewczyny i tak dzisiaj stwierdziły, że jestem wariatką, więc dalej, dobij mnie. – mówiła z udawaną powagą, ale jeden niesforny uśmiech przez przypadek zepsuł jej plan.
- Co dziwacznego znów zrobiłaś? Zaprosiłaś nasze fanki na grilla w ogródku? A może wystawiłaś moją bluzę na aukcje? Hmmm… Brak mi pomysłów. – zamyślił się – Wiem! Dałaś się sfotografować nago?! – wytrzeszczył oczy
- Nie! – od razu zaprzeczyła - Ja tylko odliczałam, ile czasu pozostało do naszej rozmowy. – powiedziała tak, żeby nie usłyszał, jednak on doskonale zrozumiał, co wypłynęło z jej ust.
- To dziwne, ale ja też tak robiłem. – zawstydził się
- Odliczałeś i jeszcze się spóźniłeś? – powiedziała z lekkim wyrzutem
- Oj, musiałem przebrać Lux. Patrz jak pięknie teraz wygląda. Wujek Louis zna się na modzie. – mówił do dziewczynki – Moje dzieci będą miały świetnego tatę, prawda Luxie? Ciocia Jen jest piękna, więc na pewno będą tak śliczne jak ty. – Jen zamilkła. Dzieci, a szczególnie jej dzieci były tematem tabu. Louis szybko zorientował się, że jest coś nie tak.
- Jenni, przepraszam.
- Nie przepraszaj. Jest w porządku. – uśmiechnęła się lekko
- Wiem, że nie jest. Pamiętaj co powiedziałem tobie i mojej mamie. Będę czekał, rozumiesz? Rok, dwa, pięć, dziesięć. Ile trzeba. – był tak przekonywujący, że Jen sama uwierzyła, że nadejdzie kiedyś dzień, w którym zdecyduje się na macierzyństwo.
- Kocham Cię LouLou.
- Ja też cie kocham Jennifer.
Jeszcze przez chwilę wymieniali się ciepłymi spojrzeniami, ale po chwili Louis zorientował się, że jest jeszcze z nami Lux.
- Oh, zapomniałem o tobie. Oczywiście, że ciebie też kocham. – ucałował główkę dziewczynki, a Jen znów poczuła dziwne uczucie. Być może właśnie w tym momencie nastąpił punkt kulminacyjny.
- Kiedyś dam mu dziecko, ale nie teraz, nie jestem gotowa. Będzie wspaniałym ojcem.- pomyślała
Ich rozmowa ciągła się jeszcze przez długie godziny. W tym czasie Luxie zdążyła usnąć. Jen potrzebowała tego. Widok Lou bardzo jej pomógł. Wiedziała, że pierwsza rozłąka jest najcięższa, więc nie zamierzała się poddawać. W końcu Louis nigdy by się nie poddał. Około czwartej nad ranem postanowili pójść spać. Tommo zaśpiewał na dobranoc swojej dziewczynie utwór „Wonderwall”. Z uśmiechem na ustach, usnęła.

Około 20 dni później.

- Nadal nie rozumiem dlaczego chciałaś, żebym była z tobą w Polsce. Jest to taki sam kraj jak Francja, Niemcy czy Włochy. Dlaczego tutaj? Tam czułabym się lepiej.
- Bo widzisz... Tutaj wszystko kojarzy ci się źle. To smutne, że nie lubisz swojej ojczyzny. Chcę to zmienić.
- Nie zmienisz przeszłości Zayn. – odwróciła wzrok
- Ale mogę zaplanować przyszłość. – uśmiechnął się dominująco
- O czym ty mówisz?
- Znalazłem twoje teksty, to był naprawdę przypadek. Przeczytałem kilka z nich. Uruchomiłem znajomości i… Cóż. Simon kazał nagrać demo u nas w studio. Postanowiłem, że skoro Sony Music współpracuje z Syco to możesz to zrobić w Polsce. Simon się zgodził, więc… – tłumaczył
Valentine wpatrywała się w niego z szeroko otwartymi oczami.
- Odpada. – powiedziała zdecydowanie
- Daj mi skończyć. – uciszył ją – W dodatku mam dla nas mały prezent. – pomachał w powietrzu kluczami
- Co to ma być? – zdziwiła się – Klucze od czego?
- Od naszego domu. – uśmiechnął się triumfalnie
-Naszego co?!
Tak, ta sytuacje zdecydowanie przerosła Valentine. Po pierwsze, nie chciała promować się na Zaynie. Po drugie, dom jest czymś drogim, a jej nie chodziło o pieniądze.
- To mogło dziwnie zabrzmieć. Po prostu… Kiedy to wszystko się skończy zabieram cię na wakacje. Nie na Bahamy, Hawaje czy Bora Bora. Przyjedziemy tu, do Polski. Pokażę Ci, że życie tutaj też może być piękne. Będę codziennie mówił ci, jak bardzo cie kocham i jakie mam szczęście, że to właśnie mnie wybrałaś. Zobaczysz, że Polska nie będzie ci się kojarzyła z prześladowaniami, tylko z nami. Valentine… Od dziś zaczynamy nowe życie. Nasze wspólne. Od teraz każdy problem rozwiązujemy razem, więc z Polską też sobie poradzimy. Obiecuję. – ostatnie słowo wyszeptał.
Valentine nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. Nie wiedząc kiedy, zaczęła płakać. Zayn przygarnął ją do siebie i szeptał, żeby ją uspokoić. Jeszcze nikt tyle dla niej nie zrobił. Czuła się rozdarta. To co zrobiła Zayn było piękne, ale wiedziała, że przez wielu ludzi może zostać źle odebrane. Teraz jednak nie myślała o tym. Miała przy sobie mężczyznę swojego życie, niczego więcej nie potrzebowała.
            Liam już od pewnego czasu robił za spowiednika. Każdy od Zayna zaczynając, a na Agathcie kończąc dzwonił lub przychodził porozmawiać. Tym razem też tak było. Ruth miała bardzo poważny problem, z którym nie koniecznie potrafiła sobie poradzić. Skype to zdecydowanie potrzebne urządzenie jeśli chodzi o odległość.
- Cóż takiego ważnego się stało, że chciałaś gadać ze mną?
- Nie wiem od czego zacząć. – Liam czuł, że stało się coś złego, bo głos dziewczyny drżał.
- Chodzi o Nialla? – zmartwił się
- Po części.
- Mów, nie trzymaj mnie w niepewności.
- Chodzi o to, że... – przerwała
- No mów! – zirytował się
Jeśli chodziło o Nialla, Liam zawsze był opiekuńczy, więc tym bardziej chciał wiedzieć co się stało. Ruth była ważna dla jego przyjaciela, więc nie chciał czekać dłużej.
Niall szybko usłyszał głos swojej dziewczyny dochodzący z pokoju Liama. Chciał poznać powód, dla którego Ruth dzwoniła. Stanął pod drzwiami mając nadzieję, że się dowie.
- Liam, ja nie wrócę. – powiedziała ciężko
- Co? Znaczy… Zostajesz w Brazylii? – zapytał zszokowany
- Tak.
Niall stał jak wryty. Nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. To, że Ruth miała wrócić było powodem dla którego wstawał co rano. Teraz odeszły jakiekolwiek chęci do życia. Zrezygnowany zsunął się po ścianie i patrzył w jeden punkt.
- To nie może być prawda. Wróci. – powtarzał w myślach
Poniósł się z podłogi i poszedł do swojego pokoju. Teraz wszystko było jasne. Przed nim był ostatni koncert. Postanowił dać z siebie wszystko, a po powrocie do Londynu ulżyć swojemu cierpieniu. Miał plan, który według niego był doskonały. Jedyne czego potrzebował w tej chwili to samotność.
- Jak to?  Dlaczego? – pytał zdziwiony Liam
- Moja ciotka jest sparaliżowana od pasa w dół. Nie może chodzić i ciężko jest jej wykonywać proste czynności jak zrobienie sobie śniadania. Ktoś musi się nią zająć. – mówiła smutna
- Rozumiem, ale czy nie uważasz, że to za dużo dla kogoś w twoim wieku? Masz ambicje, chcesz spełnić marzenia. W Brazylii tego nie zrobisz. – próbował w jakiś sposób przekonać ją do przemyślenia tej decyzji. Wiedział, że na pewno istnieje ktoś, kto mógłby zająć się jej krewną, ale Ruth po prostu nie potrafi tego załatwić.
- Marzenia marzeniami, ale wiesz co jest najsmutniejsze? – zaprzeczył – Tu nie ma Nialla.
- Dlaczego nie poszukasz innego rozwiązania? Pomyśl o nim. Wiesz, że sobie nie poradzi. Nawet teraz jest mu trudno.
- Wiem… - westchnęła – Ale zrozum, nie mogę inaczej. – zrobiła pauzę – Mam prośbę. Nie mów mu na razie.
- Nie chcę go okłamywać, ale w porządku. Tylko obiecaj, że jak tylko skończymy trasę to z nim porozmawiasz. – postawił warunek
- Zgoda. Muszę kończyć. Ciocia mnie woła. Nie mów nikomu o naszej rozmowie. Pa.
Zakończyła połączenie. Liam był rozbity. Wiedział, że nawet teraz Niall płacze po nocach. Zazwyczaj tylko on to widzi, bo reszta śpi. Ciężko było mu patrzyć na to wszystko. Niestety nie mógł nic zrobić. Jedyne co przychodziło mu do głowy to wspierać Nialla po tym, jak dowie się wszystkiego. Pech chciał, że Blondyn poznał już brutalną prawdę, która była jak sól na ranę. Miłość prowadzi do dziwnych rzeczy, a ta nieszczęśliwa, szczególnie. Szkoda tylko, ze musiał przekonać się o tym właśnie Niall… 

__________________________________
Znalazłam wenę i czas, więc napisałam.
Następny może w weekend, będzie akcja.
Przypominam o drugim rozdziale na: http://the-end-and-new-beginning.blogspot.com/ (od razu mówię, że jak na 189 czytelników, 19 komentarzy to w chuj mało)
Nie wiem co napisać. Nie chcecie, nie komentujcie. Nie będę zmuszać. Jezus, nie będę się prosić. Jeśli ktoś chce docenić moją robotę to dziękuję i mam nadzieję, że nie zawiodłam Was jeszcze. 
Wszystkim, którzy komentują: wielkie dzięki. Podnosicie mnie na duchu.
Wszystkim, którzy piszą w chuj długie komentarze: jesteście wielcy, chcę ich więcej.
+pytajcie: http://ask.fm/DeeDirectioner
Nadal Was kocham, Dee.