sobota, 21 lipca 2012

Rozdział 34


            Jennifer obudziła się w pustej sypialni. Obok niej nie leżał Louis, a w pokoju panował półmrok. Skrzywiła się na wspomnienie wczorajszego dnia. Być może zaczął się obiecująco, ale jej chłopak jak zwykle nieumyślnie zepsuł jej humor. Nie była do końca pewna, czy sytuacja z Eleonor jej się podoba. W końcu mógłby to być kolejny hak, żeby Lou do niej wrócił. Jen bała się tego. Wiedziała, że Tommo ma dobre serce i nie przejdzie obojętnie obok cudzego cierpienia, więc tym samym może nie zauważyć podstępu El. Westchnęła. Przeciągnęła się i wstała, żeby odsłonić rolety. Do pomieszczenia wpadła struga światła, która lekko ją oślepiła. Wyszła na balkon odpalając pierwszego w tym dniu papierosa i zaciągnęła się dymem, który przyjemnie łaskotał jej płuca. Pogoda w Londynie zazwyczaj była deszczowa, ale dzisiaj wyjątkowo świeciło słońce. Uśmiechnęła się na myśl o obiecanym wypadzie do Milkshake City ze swoim chłopakiem. Szybko skończyła palić i wróciła do środka włączając laptopa. Wygodnie usadowiła się na łóżku z urządzeniem na kolanach. Odwiedziła swoje konto na Twitterze zamieszczając pierwszy od dawna wpis. Światowe trendsy przykuły jej uwagi ze względu na jeden znajdujący się tam temat. „Louis i Eleanor” widniało na samym szczycie listy. Westchnęła i zaczęła czytać wyświetlone tweety. Wiele osób zastanawiało się czy El i Lou postanowili do siebie wrócić. Jennifer wiedziała jednak, że to tylko plotki, a Eleanor choruje. Zaczęła oglądać zamieszczone zdjęcia. Zrobiło jej się ciepło, kiedy zobaczyła outfit Lou. Biały sweter, który czasem zakładał zawsze ją pociągał. Wyglądał w nim obłędnie. Nieważne, co działoby się obok, ona widziała tylko i wyłącznie swojego mężczyznę, który pobudza wszystkie jej fantazje. Uśmiechnęła się pod nosem i odpisała na kilka pytań. Wiele ludzi pytało o to, czy ona i Lou jeszcze się kochają, bo nie pojawiła się na lotnisku, żeby go odebrać, ani później nie pokazywali się razem. Przyznała im rację, ale wiedziała, że wypad do Milkshake City wszystko zmieni. Odwiedziła profil Tommo i jej serce się rozradowało, kiedy przeczytała widniejący tam wpis. Jej chłopak obiecał fanom twitcama. Westchnęła zadowolona i zamknęła laptopa odkładając go na bok. Poszła wziąć prysznic, żeby móc zacząć szykować się do wyjścia. Miała dwie godziny, a każdy wie, że to niesamowicie mało. Po skończeniu porannej toalety, zeszła na dół siadając do przygotowanego przez Valentine śniadania.
- Jak tam? – spytał Zayn przysiadając się do swojej przyjaciółki.
- W porządku. – uśmiechnęła się ciepło. – Wychodzimy dziś razem.
- Wow. Widzę, że Louis zaszalał. – zaśmiał się Niall wchodząc do pomieszczenia i całując na wejściu swoją narzeczoną. – Wyglądasz ślicznie. – uśmiechnął się do Ruth.
- Ale gdzie wczoraj zniknął? – zapytała zaciekawiona Agatha.
- Nie pytaj. – podsumowała Jen, chwytając tosta i smarując go dżemem.
- Jeśli nie szlajał się po klubach ze striptizem to na pewno nie jest aż tak źle. – stwierdziła rudowłosa stawiając na stole dzbanek z herbatą.
- Był z Eleanor. – odpowiedziała Jenni, a w kuchni zapanowała cisza. Wszyscy wpatrywali się w nią z zaciekawieniem, ale ona nie mówiła nic więcej.
- Za bardzo mu ufasz. – stwierdziła Margo, która swoją drogą w ostatnim czasie stała się bardziej zamknięta w sobie. Jen wiedziała, że coś ją gryzie, ale nie chciała mieszać w ich sprawy.
- Niech robi co chce. – wzruszyła obojętnie ramionami kontynuując konsumowanie śniadania.
- Znów to robisz. – zaśmiał się Zayn. – Udajesz, że cię to nie rusza.
- Jesteście straszni, El jest chora. Louis jej pomaga, bo nie chciała podjąć leczenia. Jedyne co mogę mu zarzucić w tym momencie to zbyt wielkie serce. Przesadzacie. – podsumowała i wyszła z kuchni nie dopijając herbaty.
Przy stole panowały jeszcze zażarte dyskusje na temat Tommo, ale Jen nie chciała brać w nich udziału. Ufała swojemu chłopakowi bez względu an wszystko. Pomógł jej wielokrotnie, więc nie chciała i nie mogła zabronić mu robić tego samego dla innych. Usiadła na kanapie włączając w telewizji brazylijską telenowelę. Poczuła, że ktoś się przysiada. Odwróciła się i dostrzegła Margaret.
- Coś się stało? Ostatnio zachowujesz się dziwnie. – powiedziała Jen mierząc ją przeszywającym spojrzeniem.
- Mam problem. W zasadzie... Nie dotyczy on tylko mnie. – przygryzła nerwowo wargę. – Masz chwilę? – spojrzała na nią błagalnie.
- Jasne, chodź. – udały się na werandę, która była jednym z przyjemniejszych miejsc w całym domu. – Mów.
Margo długo zbierała się, zanim wypowiedziała pierwsze słowa. Była zdenerwowana i zasmucona. Jennifer bardzo chciała jej pomóc, bo traktowała ją jak siostrę, której nigdy nie miała, ale najpierw musiała zapoznać się z problemem.
- Byłam u lekarza. – zaczęła. – Kilka lat temu, kiedy Liam wyjechał i nie było go w Wolverhampton, miałam wypadek na motorze. Jechałam z kumplem, ale on był pijany. – westchnęła wpatrując się w ziemię. – Wtedy lekarz powiedział, że mogę mieć problemy z zajściem w ciążę. Nie wiedziałam, czy było to spowodowane wypadkiem, czy od zawsze taka byłam, ale mówił, że to jeszcze nic pewnego. Tym razem jednak diagnoza się potwierdziła. Jen, ja nie mogę mieć dzieci. – dopiero przy ostatnim zdaniu na nią spojrzała. W jej oczach zebrały się łzy i wszystkie emocje ukrywane przez ostatnie kilka dni, uleciały.
Jennifer przytuliła swoją przyjaciółkę, chcąc dać jej wsparcie. Zdawała sobie sprawę, że to musi być dla niej bolesne, ale załamywanie się na pewno nie pomoże.
- Margo, tak mi przykro. – pozwoliła jej wypłakać się w swoje ramię. – Liam wie?
- Nie, jak mam mu powiedzieć? – spojrzała na nią z bólem. – Wczoraj dowiedział się, że jego siostra jest w ciąży. Był taki podekscytowany, że w rodzinie będzie kolejny członek. Ja nigdy nie dam mu dziecka, Jen. Nigdy nie powiem, że ma po mnie oczy, a po nim głos. Danielle mogłaby go uszczęśliwić, ja nie mogę. – mówiła zanosząc się płaczem.
- Nie mów tak. Liam cię kocha i na pewno dacie sobie radę. Musisz tylko szczerze z nim pogadać. – uspokajająco gładziła ręką jej plecy.
- O, tu jesteś. Szukałem cię skarbie. – do ich uszu doszedł głos Liama, który przekroczył już drzwi werandy. Margaret szybko wytarła cieknące łzy i odwróciła głowę w drugą stronę. – Margo, co się dzieje? – przykucnął przed nią chwytając jej dłoń. – Dlaczego płaczesz? – ujął ją za podbródek zmuszając, żeby na niego spojrzała.
- Alergia. – skłamała.
- Margaret, chyba zapomniałaś, że znam cię całe życie i wcale nie masz alergii. Nie każ mi się martwić i powiedz co się stało. – patrzył na nią z takim uczuciem, że Jen zaczęło brakować tej bliskości z Lou. Uśmiechnęła się smutno i skierowała się do drzwi.
- Musicie pogadać, zostawię was. – wyszła mając nadzieję, że jej przyjaciółka i Liam dadzą radę przejść przez przeciwności, które los postawił na ich drodze
Dochodziła godzina czternasta. Jennifer siedziała na schodach, gdzie poddawała się nikotynowym pieszczotom i użalała się nad swoim losem. Dwie godziny temu powinna wyjść ze swoim chłopakiem na pierwszy od dłuższego czasu spacer. To jednak nie było jej pisane. Louis jeszcze nie wrócił, a jego telefon nie odpowiadał. Była przygnębiona. Nie pytała nawet Margo jak poszła rozmowa. Nie miała na to siły. Westchnęła zaciągając się po raz kolejny.
- Mogę? – zapytał dobrze znany jej głos.
- Nie. Zayn, odejdź. – wpatrywała się ślepo w przestrzeń. Krople deszczu zaczęły na nią spadać, ale ona nie reagowała.
- Przeziębisz się. – nadal stał nad nią czekając aż dostanie zgodę na potowarzyszenie jej.
- Wiesz, ta pogoda doskonale odzwierciedla mój humor. – zaciągnęła się ostatni raz i zgasiła papierosa. – Rano świeciło słońce, a ja byłam szczęśliwa. Teraz pada deszcz, a ja będę ryczeć. – westchnęła ciężko, pocierając dłońmi o swoje ramiona, żeby się ogrzać.
- Skoro nie zamierzasz się stąd ruszyć to przynajmniej masz to. – okrył ją swoją bluzą. – A teraz pozwól, że usiądę obok, bo nie lubię, kiedy moi przyjaciele cierpią w samotności.
- Lepiej zabierz gdzieś Valentine. Nie popełniaj tego samego błędu co twój kumpel. – zakpiła. Czuła, że deszcz się nasila, ale nie chciała się stąd ruszyć.
- Spędziliśmy razem czas w Polsce, nie mamy na co narzekać i mamy się świetnie. Moje byłe nie terroryzują mojego życia, a ja sam nie jestem aż taki głupi, żeby ranić dziewczynę, którą kocham. – odpowiedział. – Louis to kretyn.
- Zapomniał, zdarza się. – wzruszyła obojętnie ramionami.
- Nie, o dziewczynie się nie zapomina. Nie próbuj go usprawiedliwiać. To on zawinił. – spojrzał na nią ze współczuciem.
- Ale ja ni potrafię mieć mu tego za złe. Widocznie Eleanor w tym momencie jest ważniejsza. –  westchnęła. – Wiesz, że nie wiedziałam go od wczoraj, a ja już cholernie tęsknię? W dodatku wygląda dziś tak obłędnie, że jak zobaczyłam zdjęcia to musiałam pilnować czy oddycham.
Zayn zaśmiał się cicho. Nagle drzwi się otworzyły, a ciepły, kobiecy głos powiadomił ich o przybyciu Tommo.
- Dzięki Valentine, zaraz przyjdę. – powiedziała Jenni oddając Zaynowi bluzę.
- Tylko… Jest jeden problem. – nerwowo przygryzła wargę. – Nie wrócił sam.
Ta wiadomość wstrząsnęła Jennifer. Podniosła się z kamiennych schodków jak poparzona i weszła do domu. Usłyszała irytujący, dziewczęcy śmiech odchodzący z salonu i poczuła ukłucie w klatce piersiowej. Zignorowała to, że jej włosy są mokre od deszczu, a powieki ledwo hamują cisnące się do oczy łzy. Mimo wszystko postanowiła zachować spokój. Jak gdyby nigdy nic weszła do pomieszczenia, gdzie znajdowało się całe towarzystwo. Doznała szoku. Eleanor miała na sobie biały sweter, który jeszcze tego ranka zdobił idealnie wyrzeźbione ciało jej chłopaka. Wzięła głęboki oddech i ruszyła z progu w głąb salonu. Lou nie zauważył jej przyjścia, dopóki El nie dostrzegła swojej rywalki.
- Jennifer. – uśmiechnęła się Eleanor. – Dawno cię nie widziałam.
Jen zignorowała jej słowa. Tommo dopiero teraz spojrzał na swoją dziewczynę.
- Lou, odgrzać ci obiad? – zapytała nadal bijąc się z własnym smutkiem.
- Nie musisz, zjadłem z El na mieście. – posłał jej przelotny uśmiech i powrócił do rozmowy ze swoją byłą.
- Ah, tak. – odparła obojętnie. Agatha patrzyła na nią współczująco, ale Jen nie zamierzała się temu przyglądać. – Będę u siebie. – powiedziała, ale jej słowa nie dotarły do nikogo za wyjątkiem dziewczyny Harry’ego, która oglądała całe zajście z boku.
Jennifer niemal wybiegła z salonu kierując się na górę. Po jej twarzy płynęły słone łzy, których nie potrafiła pohamować. Chcąc udać się do swojego pokoju napotkała na swojej drodze twardą przeszkodę w postaci męskiego ciała. Silne dłonie złamały ją za ramiona chcąc zatrzymać dziewczynę przed dalszym biegiem.
- Jennifer, co się stało? – zapytał głęboki głos. Jen podniosła głowę i ujrzała burzę kręconych włosów. Zielone tęczówki wpatrywały się w nią z troską. – Co się stało na dole, że tak zareagowałaś?
- Idź i zobacz. Myślę, że będziesz zadowolony. – chciała mu się wyrwać, ale nie pozwolił jej.
- Chodzi o konkretną osobę, prawda? – skinęła głową. – Po twojej reakcji stwierdzam, że to może być tylko jedna kobieta. Eleanor, prawda?
- Jak będziesz szedł się z nią przywitać, zwróć uwagę na jej ubiór, zapytaj Lou czy jadł obiad i co robił, a co miał robić w południe. Zrozumiesz dlaczego mam dość tego wszystkiego. – powiedziała wyrywając się z jego uścisku i znikając na drzwiami sypialni.
            Łzy. To jedyne co miała w tej chwili Jennifer. Leżała na łóżku dając upust swojemu cierpieniu. Chusteczki były przesiąknięte bólem. Jen nie chciała płakać. Chciała być silna, ale nie potrafiła udawać, że Louis jest tylko jednym z wielu mężczyzn w jej życiu. Było inaczej. Dla niej Tomlinson był najważniejszym facetem na świecie. Nikogo nigdy nie kochała tak prawdziwie. Agatha siedziała obok swojej przyjaciółki chcąc dotrzymać jej towarzystwa. Jen potrzebowała kogoś, kto poświęci jej swój czas i nie będzie niczego od niej wymagał. Od kiedy opuściła salon ze łzami w oczach, odwiedził ją Zayn, Valentine, a teraz została z nią Agatha.
- Nawet nie wiesz jaką mam ochotę pójść i zrobić mu z twarzy pasztet. – powiedziała dziewczyna Harry’ego .
- Nie wysilaj się. On nie zasługuje na twoją uwagę. – westchnęła. – Podaj mi laptopa.
Agatha wstała i podała leżące na półce urządzenie. Jen odpaliła sprzęt i włączyła twittera. Tak jak myślała, Louis powinien już robić twitcama. Niestety, miał inne plany. Jennifer włączyła stronę, żeby przeprosić fanów za swojego chłopaka.
- Chcesz im się pokazać w takim stanie? – zdziwiła się Agatha. – Wybacz, ale wyglądasz okropnie. Idź chociaż przemyj twarz.
- Niech będzie…
Jennifer wróciła po piętnastu minutach. Oprócz doprowadzenia swojej twarzy do porządku wzięła szybki prysznic i poprawiła włosy. Wyglądała lepiej, chociaż jej oczy nadal były podpuchnięte od płaczu. Nie chciała zawieść fanów swojego chłopaka, więc postanowiła zrobić twitcama zamiast niego. Musiała znaleźć sobie jakieś zajęcie, bo płakanie niczego by nie zmieniło. Ułożyła się wygodnie na łóżku obok swojej przyjaciółki tak, aby kamera objęła je obie. Udostępniła link i czekała aż pojawi się większa ilość osób. Kiedy oglądało je ponad 10 tysięcy, zaczęła tłumaczyć.
- Wiem, że spodziewałyście się Lou, ale coś mu wypadło. Przepraszam was, ale po prostu miał coś, co według niego jest ważniejsze. Ja nie podzielam jego zdania, dlatego jestem tu z wami. Jeśli chcecie mogę zostać, jeśli nie, zawsze mogę sobie pójść. – powiedziała ciepło Jennifer. – Mam nadzieję, że Louis jakoś zadośćuczyni ten wyskok.
- Nie tylko im powinien to zadośćuczynić. – wyszeptała Agatha.
- Jeśli macie jakieś pytania, to śmiało. Postaram się odpowiedzieć na jak najwięcej.
Twitcam okazał się dobrym pomysłem. Jen na chwile zapomniała o tym, że Eleanor Calder siedzi w salonie i zapewne kusi jej chłopaka swoimi sztuczkami. Odpowiedziały na masę pytań. Wiele z nich dotyczyło ulubionych piosenek zespołu i romantycznych rzeczy jakie robili Louis i Harry. Jennifer nie pominęła faktu, że Hazza i Agatha są niewyżyci seksualnie. Była też ta część zabawy, gdzie bezpośrednie fanki pytały o najbardziej intymne szczegóły ich życia. Było nawet zabawnie. Przynajmniej przez chwilę. Kiedy Agatha bawiła się z DJ’a, a Jennifer robiła follow spree, do pokoju wszedł nie kto inny jak Tommo.
- Jen, czemu znikłaś bez słowa? Chodź do nas na dół. – podszedł do łóżka, a Jenni zmierzyła do spojrzeniem. Wstała i stanęła naprzeciwko niego. Nie miała zamiaru być dla niego miła. Zranił ją, a dziewczyna ze złamanym sercem jest dwa razy bardziej niebezpieczna.
- Bez słowa? – parsknęła. – Byłeś w nią aż tak wpatrzony, że nie usłyszałeś? – zapytała głosem przesączonym żalem i smutkiem. Lou wpatrywał się w nią lekko zaskoczony. – Wiesz co? Mam gdzieś, że wystawiłeś mnie dzisiaj, bo wolałeś zjeść sobie z nią obiad na mieście. Już nawet nie przejmuję się tym, że totalnie mnie olałeś, kiedy przyszłam do salonu. Wiesz co mnie zabolało najbardziej? Nie sweter, który miała na sobie, chociaż jestem pewna, że już go nie włożę. Zabolało to, że zawiodłeś fanów. Czekali na ciebie, a ty wybrałeś ją. Dziewczynę, która cię zdradziła, upokorzyła mnie i naraziła Agathę na niebezpieczeństwo. No dalej, idź do niej bo pewnie się stęskniła. Tylko potem nie mów mi, że jestem najlepszym co cię w życiu spotkało. – skończyła swoją wypowiedź i otarła łzę, która spłynęła jej po policzku.
- Ja... – zaczął, ale mu przerwała.
- Po prostu wyjdź. – powiedziała surowo.
Louis tylko skinął głową i bez słowa opuścił pomieszczenie. Jen usiadła na brzegu łóżka i ukryła twarz w dłoniach. Miała ochotę wybiec na korytarz i krzyknąć, żeby wrócił, przytulił ją i nie zostawiał, ale powstrzymała się. Agatha spojrzała na ekran laptopa. Nie chciała dodatkowo martwić swojej przyjaciółki, ale musiała ją o czymś powiadomić.
- Nie chcę ci przerywać twojej rozpaczy, ale... To wszystko było słychać. Jestem pewna, że jutrzejsze gazety będą o tym dudnić.
- W tej chwili wszystko jest mi obojętne..
            Louis wyszedł na korytarz w lekkim szoku. Nie wiedział do końca czy powinien przejmować się wybuchem Jennifer, czy był on spowodowany jedynie przez zazdrość. Zsunął się po ścianie na podłogę i zaczął powoli analizować wszystko, co działo się tego dnia. Dotarło do niego, że miał wyjść ze swoją dziewczyną do Milkshake City, ale nawalił. Zorientował się też, dlaczego fakt, że Eleonor nosiła jego sweter był dla niej tak drażliwy. „To przecież ulubiony sweter Jen…” pomyślał zażenowany. W dodatku twitcam. Też zawalił. Był pewien, że pokuta będzie ciężka. Wstał z podłogi i skierował się do pokoju Zayna. Zapukał, a kiedy usłyszał pozwolenie wszedł do środka z miną zbitego szczeniaka.
- Co robisz? – zapytał widząc jak Czarnowłosy tuli do siebie Valentine.
- Zajmuję się swoją dziewczyną i ty powinieneś zrobić to samo. Mówię o obecnej dziewczynie, nie o byłej. – zmierzył go spojrzeniem.
- Jenni wyrzuciła mnie z pokoju. Jest wściekła. – usiadł na brzegu łóżka przyjaciela i potarł bolące skronie.
- Wcale jej się nie dziwię. – powiedziała Valentine kradnąc Zaynowi pocałunek. – Płakała ponad dwie godziny. Dupek z ciebie, LouLou. – podsumowała.
- Płakała? – zdziwił się. Przecież Jen rzadko to robiła, zazwyczaj udawała silną i nie pokazywała słabości. – Zawaliłem, ale zobowiązałem się pomóc Eleanor.
- Pomóc, a przyprowadzać ją tutaj w dodatku olewając swoją dziewczynę to zupełnie coś innego. Jennifer teraz nie wybaczy ci tak łatwo. Ty będziesz posłusznie latał za El, a jej będzie serce pękać. Właśnie do tego doprowadził dzisiejszy dzień. Gratuluję Tommo. – powiedział Zayn nie patrząc na niego. – Ale możesz być pewny jednego, jeśli zrobisz coś jeszcze, przez co Jen będzie płakać to powieszę cię za jaja nad Tamizą, jasne?
Louis tylko przytaknął. Czuł, że najbliższe dni będą dla niego ciężkie. Musiał uważać na to, co robił bo groźba Zayna wydawała się bardzo realistyczna. Podziękował mu i udał się na dół, gdzie Harry i Liam rozmawiali z Eleanor. Usiadł na fotelu czekając aż całe fatum dzisiejszego dnia, przestanie nad nim ciążyć.

_________________________________
Ta daaaaaaaam! :D
Dziękujcie temu, ze nie miałam internetu xD w przeciwnym razie na pewno nie napisałabym tego xD
Trochę smutny rozdział, co? ;x Wiem, taki miał być.
STWIERDZAM, ŻE BĘDZIE MI BRAKOWAŁO TEGO BLOGA, A JUŻ JESTEŚMY NA KOŃCÓWCE ;X 
Gwarantuję, że mój blog o Larry'm na pewno Wam to zadośćuczyni :D
Dedykuję to mojej Sarze z TT! :D #AntyElżunierForever
Liczę na opinię, ostatnio byłam w niebie! <3
+ Koniecznie musicie przeczytać opowiadanie mojej żony Karolajny! Tutaj!
Wszystkie pytania zadawajcie tu: http://ask.fm/DeeDirectioner (ostatnio robiłam porno imagina, warto warto xD)
++ Follow me on Twitter! :D @Dee_Directioner
+++ MAMY 100K WYŚWIETLEŃ!!!!!!!!!!!!!
Love ya! Dee

środa, 11 lipca 2012

Rozdział 33


Kika dni później…

- Jesteś gotowy? – zapytała promiennie Jennifer siadając na krześle obok szpitalnego łóżka.
- Myślę, że tak. – uśmiechnął się lekko. – Czy w domu wszystko gotowe?
- Tak, wszystko jest dokładnie tak jak chciałeś. Sama o to zadbałam. – zapewniła.
- W takim razie już czas. – puścił jej oko i chwytając swoją torbę, wraz z Jen opuścił do tej pory zajmowany szpitalny pokój.

            Ten dzień miał być idealny. Niall poprosił swoich przyjaciół o pomoc, a oni nie śmieli mu odmawiać. Miał plan. Chciał jakoś zadośćuczynić Ruth te wszystkie chwile, które spędziła siedząc przy nim. Chciał, żeby wiedziała, że już nigdzie się nie wybiera. Wszedł do domu zachwycając się zapachem obiadu i kwiatów. Miał tu wszystko, czego mu brakowało. Nie potrafił opanować swojej radości. Rzucił torbę w róg przedpokoju i pognał do kuchni, skąd dochodziły zapachy.
- Lepiej być nie mogło. – oznajmił widząc starannie zastawiony stół.
- Już jesteś? – zdziwiła się Agatha.
- Tak, Louis i Jennifer mnie przywieźli. – uśmiech nie schodził mu z twarzy. – Jen mówiła, że wszystko jest gotowe.
- Powiedziała prawdę. Ruth będzie za pół godziny. Masz czas na oswojenie się z myślą, że jeszcze dziś będziesz zaręczony. – zaśmiała się Valentine przygotowująca kompot.
- Cholernie się denerwuję. – nerwowo przygryzł wargę. – Dobra, im dłużej o tym myślę, tym jest gorzej. Idą wziąć prysznic i powinienem się przebrać. Jak myślicie, czy garnitur jest koniczny?
- Bądź sobą, a wyjdzie idealnie. – puściła mu oko Rudowłosa.
- Macie rację, poradzę sobie. – starał się przekonać samego siebie. – Dzięki za wszystko dziewczyny, jesteście boskie. – wyszczerzył się i opuścił pomieszczenie.
            Ruth wyszła ze swojego mieszkania i skierowała się na parking, gdzie czekał już Louis. Miał zabrać ją do szpitala i razem z nią odebrać Nialla, lecz plany się zmieniły, a ona sama nie miała o tym pojęcia. Nie wiedziała, że jej chłopak przygotował dla niej niespodziankę. Dopiero, kiedy minęli skrzyżowanie prowadzące do szpitala, dziewczyna zorientowała się, że coś jest nie tak.
- Lou, czy nie powinniśmy skręcić w lewo? – spytała wpatrując się w niego.
- Nie sądzę, do naszego domu jedzie się prosto. – uśmiechnął się pod nosem.
- Ale przecież mieliśmy odebrać Nialla. – zbulwersowała się lekko.
- Spokojnie, Horan jest już w domu i czeka na ciebie. – uspokoił Lou.
- Dlaczego ja o niczym nie wiem? Coś kombinujecie. – zmierzyła go spojrzeniem. – Wytłumacz mi do cholery! – zirytowała się.
- Oj uspokój się. Złość piękności szkodzi. – zaśmiał się bezczelnie i zignorował jej komentarze.
Po piętnastu minutach byli na miejscu. Zezłoszczona Ruth opuściła auto trzaskając przy tym samochodowymi drzwiami i jak burza wpadła do domu. W środku panowała cisza. To było podejrzane, zwłaszcza dlatego, że w domu był Niall, a przy nim to było niemal niemożliwe. Rozejrzała się dookoła i nie dostrzegła niczego niepokojącego. Lou, który po chwili do niej dołączył, zaprowadził ją do salonu, gdzie byli wszyscy jej przyjaciele i rodzina. Niall stał na środku i nerwowo poprawiał kołnierz swojej koszuli. Ten widok spowodował u niej falę ciepła w okolicy serca.
- Co tu się dzieje? – zapytała łagodnie. Rozejrzała się po salonie, który był ozdobiony kwiatami. Wszystko wyglądało pięknie. Wiedziała, że jej przyjaciółki musiały maczać w tym palce. – To wasza robota? – zwróciła się do dziewczyn, a one jedynie skinęły głową. – Po co?
- To dla ciebie. – odezwał się Horan. – Teraz chce ci się do czegoś przyznać, więc słuchaj uważnie, okej? – zgodziła się. – Więc... Pewnie myślisz, że sięgając po żyletkę miałem zamiar się zabić. To nieprawda. Po pierwsze, specjalnie wsadziłem żel Zayna do swojej torby, żeby mógł mnie znaleźć. Po drugie, wiedziałem, że będę potrzebował krwi, a ty masz taką samą grupę. Wiem, że to było egoistyczne i bardzo ryzykowne, ale nie potrafiłem inaczej. Pewnie zastanawiasz się, skąd wiedziałem, że nie chcesz wrócić. Przez przypadek usłyszałem jak gadałaś z Liamem. Planowałem to już wtedy. Modliłem się, żeby Zayn mnie znalazł, kiedy będę jeszcze żył. Miałem nadzieję, że wrócisz do mnie, kiedy się o wszystkim dowiesz. Wiem, nie powinienem tego robić. Przepraszam.
Zapadła chwila ciszy. Ruth nie za bardzo wiedziała co powiedzieć. Dopiero po jakimś czasie wpatrywania się z niedowierzaniem w Nialla, odezwała się.
- To najbardziej absurdalna rzecz jaką ostatnio usłyszałam. – ledwo zdołała to z siebie wydusić.
- Wiem. Słabe wytłumaczenie. – skrzywił się lekko. – Ale przejdźmy do sedna sprawy. Jest coś,  co chciałem zrobić, kiedy wrócisz z Brazylii. Skoro jesteś tutaj, a nie tam, to chyba mogę, prawda? – Niall spojrzał na ojca Ruth, który skiną głową na znak zgody. – Wczoraj twój tata odwiedził mnie w szpitalu. Rozmawialiśmy bardzo długo i stwierdziliśmy wspólnie, że nie ma potrzeby czekać. Twój tata wyraził zgodę, więc w sumie teraz ostatni krok należy do ciebie. – Niall wziął głęboki oddech po czym uklęknął na jedno kolano. Wyciągnął z kieszeni spodni to samo pudełeczko, które towarzyszyło mu tamtego dnia. Uśmiechnął się lekko i otworzył je ukazując piękny, srebrny pierścionek. – Ruth, wyjdziesz za mnie?
Setki emocji, tyle samo myśli, jedna odpowiedź. Zdezorientowana dziewczyna wpatrywała się w swojego chłopaka z niedowierzaniem. Do jej oczu napłynęły łzy. Czegoś takiego na pewno się nie spodziewała. Nie po tym wszystkim. Głośno przełknęła ślinę. Czas podjąć najważniejszą decyzję w swoim życiu.
- Tak, wyjdę za ciebie Niall. – wyszeptała.
Wszyscy zaczęli bić brawa. Horan chyba sam niedowierzał. Drżącymi dłońmi wsunął pierścionek na palec narzeczonej. Wstał i przyciągnął ją do siebie. Pierwszy raz od bardzo dawna mógł ją przytulić. Właśnie tego mu brakowało. Jej ciepła, zapachu, dotyku. W tym momencie wszystkie dotychczas tłumione emocje uleciały z nich. Nie przejmowali się łzami, które spływały po ich policzkach. Stali wtuleni i szczęśliwi.
- Kocham cię. – wyszeptał Niall.
- Ja ciebie też wariacie. Tylko błagam, nie strasz mnie tak więcej. – odpowiedziała zanosząc się płaczem.
Wszyscy zgromadzeni stali zachwycając się ich widokiem. Uśmiech od razu cisnął się na usta. Chłopcy cieszyli się ze szczęścia przyjaciela, a dziewczyny nie mogły opanować wzruszenia. Ten dzień był zdecydowanie idealny.
- Nie chcę wam przerywać, ale jedzenie stygnie. – oznajmiła Agatha.
- Nawet nie wiecie ile czekałem na ten obiad. – Blondyn zaśmiał się przez łzy. – Szpitalne żarcie jest okropne.
- Nawet w takich chwilach myślisz tylko o jedzeniu. – stwierdziła Ruth ocierając jego mokre policzki dłonią. – Chodźmy.
            Obiad minął w przyjemnej atmosferze. Wszyscy śmiali się i rozmawiali. Niall i Ruth nie szczędzili sobie czułości, a rodzice przyszłej pani Horan byli bardzo szczęśliwi. Ten dzień miał być idealny i spędzony wspólnie. Jednak jak zawsze, coś musi się popsuć. Louis poczuł wibrację swojego telefonu. Nieznany numer próbował się do niego dodzwonić. Odrzucił połączenie. Dopiero, kiedy po raz kolejny wibracja się powtórzyła, postanowił odebrać. Odszedł od stołu przepraszając resztę i udał się na podwórko.
- Słucham?
- Louis? – usłyszał drżący, kobiecy głos. Znał go.
- Pani Calder? Coś się stało? – brzmiała na przerażoną, więc automatycznie po jego ciele przeszedł dreszcz.
- Mogę cię o coś prosić? Oczywiście zrozumiem, jeśli odmówisz. – powiedziała kobieta.
- Słucham. Postaram się pomóc. – nerwowo zaczął krążyć w kółko.
- Chodzi o Eleanor. – Lou poczuł ucisk w żołądku na dźwięk imienia dziewczyny, bez której jeszcze niedawno nie potrafił żyć. – Jakiś czas temu dowiedziała się, że jest poważnie chora. – Louis nie wiedział co ma powiedzieć. Był przerażony. Chora? Czy cos jej grozi? Czy chodzi o pieniądze? Jak on może pomóc Eleanor? Był pewien, że mimo wszystko postara się zrobić co w jego mocy, żeby El z tego wyszła. Zbyt dużo dla niego znaczyła, żeby teraz przejść obok tego obojętnie. – Niestety, ona nie chce podjąć leczenia. Louis, wiem, że dobrze się dogadywaliście zanim ona... Zanim cię zdradziła. Czy mógłbyś z nią porozmawiać? Przekonać ją, że ma przed sobą całe życie.
Ta kobieta była naprawdę zdesperowana. Jej jedyna córka straciła wolę walki. Louis nie miał wyboru. Jedyne co mógł zrobić, to się zgodzić.
- W porządku. Zaraz do niej pojadę. Mam nadzieję, że zastanę ją w jej mieszkaniu. – mówił nadal w lekkim szoku.
- Od kilku dni nie wychodzi stamtąd. Nawet nie chce wrócić do domu. Jestem przerażona. Dziękuję Louis. Zawsze wiedziałam, że jesteś porządnym chłopakiem.
- Na razie nie ma za co dziękować. Zadzwonię do pani jutro. Proszę być dobrej myśli. – starał się nieco załagodzić jej stres.
- Będę się za ciebie modlić Lou. Dowidzenia. – rozłączyła się.
Louis stał jeszcze przez chwilę wpatrując się w przestrzeń. Nie wiedział jak ma przekonać Eleanor do czegokolwiek. Kiedy byli razem, to ona stawiała na swoim, a on się poddawał. Teraz jednak stawka była wyjątkowo wysoka. Chodziło o życie.
Tommo wrócił do domu. Skierował się do kuchni, gdzie dziewczyny zmywały naczynia. Szukał Jennifer. Znalazł.
- Musze jechać coś załatwić. Nie wiem kiedy wrócę. – powiedział i niemal wybiegł z domu.
Jen spojrzała na miejsce, gdzie jeszcze przed chwila stał jej chłopak. Westchnęła ciężko i wróciła do wycierania sztućców.
- Mieliście jakieś plany? – zapytała Valentine spoglądając na swoją zamyśloną przyjaciółkę.
- Nie, ale kiedy Niall był w szpitalu nie mieliśmy zbytnio dla siebie czasu. Myślałam, że dziś będzie inaczej. Cóż, widocznie miał coś ważnego. – wzruszyła obojętnie ramionami.
- Nie łam się. Będzie dobrze. – pocieszała ją Agatha.
- Nie łamię, jest w porządku. – uśmiechnęła się lekko. Wytarła mokre ręce i zmierzyła w stronę drzwi. – Idę na fajkę.
            Zayn widział, że jego kumpla coś gryzło. Nie bez powodu tak szybko opuścił dom. Zastanawiała go reakcja Jennifer na zachowanie jej chłopaka. Nie był jeszcze do końca przyzwyczajony do tego, że ona mimo wszystko na swój sposób przeżywa każdy ruch Lou. Martwił się o nią za każdym razem. Była dla niego jak młodsza siostra, która potrzebowała czasem braterskiego uścisku. Jedną różnicą był fakt, ze gdyby byli prawdziwym rodzeństwem, on nigdy nie pozwoliłby jej palić.
- Przeszkadzam? – zapytał siadając na jednym ze schodków, na których zawsze palili.
- Ty? Nigdy. – uśmiechnęła się lekko.
Między nimi zapadła cisza. Żadne z nich nic nie mówiło. Rozkoszowali się jedynie nikotynowym dymem, który doskonale ich rozluźniał. Dopiero po chwili Jen zadała nurtujące ją pytanie.
- Czy on zawsze tak robi?
- Znaczy jak? – Zayn spojrzał na nią badawczo.
- Czy zawsze znajduje jakieś „ważniejsze sprawy” niż spędzenie czasu z kumplem, który przeżywa jeden z najważniejszych dni w swoim życiu? – zapytała swobodnie. Zayn się zaśmiał.
- Jeśli myślisz, że Niall to rusza to musze zburzyć twoją wizję. On dziś nie widzi nic poza Ruth. Nawet się nie zorientował, że Agatha przesoliła ziemniaki, a kompot był z wiśni. On nie cierpi wiśni. – zaśmiał się po raz kolejny, po czym zaciągnął się papierosem. – Bardziej to dotyka ciebie jak widzę.
- Po prostu dawno z nim nie rozmawiałam. To może zabrzmieć dziwnie, ale taka jest prawda. Jak siedzieliśmy u Nialla to panowała cisza. Kiedy wracaliśmy ze szpitala to odsypialiśmy. Teraz, skoro wszyscy są szczęśliwi i siedzą razem, to myślałam, że spędzimy razem chociaż chwilkę. – posmutniała.
Zayn troskliwie objął ją ramieniem. Zdawał sobie sprawę, że Jenni musi być ciężko. Zdążył ją poznać, więc wiedział, że jest wrażliwa. Najchętniej nakopałby Tommo, za to, że nie potrafi zrezygnować z czegoś na rzecz swojego związku.
- Wiesz, zastanawiałam się ostatnio... Jak myślisz, powinnam odnaleźć dziadków? – spojrzała na niego tymi swoimi ciepłymi oczami.
Jen miała w domu wielu przyjaciół. Jednak z Zaynem dogadywała się najlepiej. Zawsze miał dla niej czas, nawet jeśli o to nie prosiła. Wiedział doskonale, kiedy chce z kimś pogadać.
- To zależy tylko od ciebie. Jesteś na to gotowa?
- Jak nie teraz, to kiedy? – westchnęła gasząc papierosa.
- W sumie to racja. – uśmiechnął się ciepło. – Wracamy do środka?
- Myślę, że tak. Trzeba podokuczać Niallowi. – stwierdziła po czym wraz z Zaynem zniknęli w drzwiach domu.
            Louis wbiegł po schodach dobrze znanego mu budynku. Mieszkanie Eleanor znajdowało się na trzecim piętrze. Przeskakując co drugi schodek po chwili znalazł się przed dębowymi drzwiami, na których wisiała tabliczka z wygrawerowanym nazwiskiem. Wziął głęboki oddech i zadzwonił dzwonkiem. Za pierwszym razem brak reakcji. Ponowił więc czynność. Usłyszał po drugiej stronie kroki, a po chwili zachrypnięty głos dziewczyny.
- Kto tam?
- To ja, Louis. – odpowiedział ciężko.
Zamek zatrzeszczał, a drzwi uchyliły się. Zobaczył w nich zaniedbaną, bladą i schorowaną Eleanor. Wzdrygnął się lekko na jej widok. Nigdy wcześniej nie widział jej w takim stanie.
- Czego chcesz? – zapytała oschle.
- Porozmawiać. Mogę wejść?
El mierzyła go wzrokiem przez chwilę, ale postanowiła wpuścić go do środka. W jej mieszkaniu był bałagan i totalny zaduch. Lou od razu otworzył okna, żeby wpuścić tam trochę tlenu. Eleanor parsknęła pod nosem i odpaliła papierosa.
- Na pewno nie w moim towarzystwie. – oznajmił Louis, po czym zabrał jej fajkę i wyrzucił ją do śmieci. Els westchnęła ciężko i usadowiła się na kanapie przykrywając swoje zziębnięte ciało kocem.
- O czym chciałeś porozmawiać? – zapytała łagodnie.
- O tobie. Twoja mama się martwi.
- Powiedziała ci, prawda? – spojrzała na niego cierpiącym spojrzeniem.
- Tak. Opowiesz mi? – zajął miejsce obok niej.
- O czym?
- Jak to wszystko się zaczęło. Na co chorujesz, czemu, skąd, jak to leczyć? – chwycił jej dłoń, kiedy ujrzał strach w jej oczach. – Nie bój się, chcę ci tylko pomóc.
- To jakiś wirus, ale zniszczył mi już system odpornościowy. Lekarz przy ostatniej wizycie powiedział, że mam coraz większe trudności z oddychaniem i nie powinnam palić, bo za niedługo jedynym wyjściem będzie podpięcie do setek kabli. – po jej policzku spłynęła łza. – Zaraziłam się tym od Maxa. On wiedział, że to ma i leczył od podstaw. Mnie czeka ciężka droga, a ja nie mam siły walczyć. Zostałam sama. Straciłam ciebie, jego, przyjaciół. – otarła ręką łzy cisnące jej się do oczu. – Sam wiesz ile zła wyrządziłam. Zdradzałam cię, potem rujnowałam życie Jennifer. – ukryła twarz w dłoniach. Louis miał zbyt dobre serce. Nie potrafił siedzieć i wpatrywać się w jej nieszczęście. Objął ją troskliwie, a ona wtuliła się w niego. Gładził ręką jej plecy chcąc jej udowodnić, że nie jest sama. Cholernie chciał jej pomóc. – Spokojnie, powiedz mi na czym polega leczenie. Pomogę ci.
El odsunęła się od Tommo i spojrzała na niego z nadzieją. Była pewna, że Lou ją oleje, bo za bardzo go skrzywdziła. On jednak miał inny zamiar. Każdy zasługuje na drugą szansę.
- Pomożesz mi? – skinął głową. – Jutro rano mam iść na badania. U leczeniu nic nie wiem. Nie byłam nim zainteresowana. Jeszcze dziesięć minut temu byłam pewna, że umrę tutaj. W samotności, na wirusa, którego złapałam od kochanka. – wstała i udała się po chusteczki. Wróciła po chwili ze szklanką wody i podała ją Lou. – Nawet nie zapytałam, czy chcesz się czegoś napić. Wybacz, mam tylko to.
- Pójdę z tobą na te badania. – stwierdził chwytając jej dłoń uspokajająco gładząc ją kciukiem.
- Naprawdę? – te słowa wywołały u niej nową salwę płaczu. – Jesteś aniołem, Louis.
- Nie, nie jestem. Po prostu pomagam komuś, kto kiedyś był dla mnie wszystkim. To takie dziwne? – upił łyk wody.
- Ten ktoś upokorzył twoją dziewczynę, naraził ją i Agathę na niebezpieczeństwo... Nie zasłużyłam na twoją pomoc. – spuściła głowę.
- Przestań. Jestem pewny, że Jen zgodziłaby się ze mną. – zapewniał.
- Czyli ona nie wie, że mi pomagasz? Nie powinieneś tu być. – zerwała się jak poparzona.
- El, porozmawiam z nią jak wrócę. Teraz usiądź i opowiedz mi co działo się u ciebie przez ostatni miesiąc…
            Louis wrócił do domu dosyć późno. Rozmowa z Eleanor była dla niego trudna. Wiedział, że jego była nie czuje się dobrze w pustym mieszkaniu, więc postanowił dotrzymać jej towarzystwa. Nie wiedział kiedy cały ten czas minął, ale zegarek wskazywał dziesiątą. Otworzył drzwi wejściowe i od razu skierował się po schodach na górę. Wiedział, że o tej godzinie Jennifer jest już w pokoju. Miał cichą nadzieję, że jeszcze nie śpi. Potrzebował jej.
- Louis! – usłyszał głos Zayna. – Gdzieś ty był?
- Musiałem załatwić coś ważnego. – odwrócił wzrok.
- Ważniejszego niż Jen? Kiedy wyszedłeś, a może raczej wybiegłeś, ona trochę się podłamała. Teraz siedzi od dwóch godzin w pokoju. Nie chciała gadać z Margo, ani nie zjadła kolacji. – Louis westchnął jedynie.
- Pewnie już śpi. Ja też pójdę. Dobranoc Zayn.
Malik stał przez chwile w lekkim szoku. Poczuł się olany. Niestety to nie była jego sprawa. Miał tylko nadzieję, że Jennifer jakoś sobie poradzi.
Tommo otworzył drzwi sypialni. Lampka na nocnym stoliku nadal była włączona, a Jen czytała jakąś książkę. Ten widok wywołał lekki uśmiech na jego twarzy. „Czekała” przeszło mu przez myśl.
- Hej. – podszedł do niej i pocałował ją w policzek.
- Cześć. – odpowiedziała ciepło.
Louis bez słowa poszedł pod prysznic. Nie zajęło mu to długo.. Po chwili znajdował się obok swojej dziewczyny. Uwielbiał to łóżko, a jeszcze bardziej kochał, kiedy była w nim obok niego Jen.
- Załatwiłeś wszystko? – zapytała nadal wpatrując się w kartkę książki.
- Nie do końca.
Jen oderwała wzrok od lektury. Spojrzała na jego pytająco. Miała nadzieję, że wytłumaczy jej wszystko.
- Co się dzieje? – chwyciła jego dłoń.
- Chyba nigdy nie będziemy mieli spokoju. – westchnął ciężko. – Mam nadzieję, że nie będziesz się gniewać, kiedy Ci powiem. – nerwowo przygryzł wargę. – Eleanor jest chora. Podczas obiadu zadzwoniła do mnie jej matka. El nie chciała podjąć leczenia. Poprosiła mnie o pomoc. Wiesz, że nie mogłem odmówić.
- W porządku. – pogładziła dłonią jego policzek. – Udało ci się ją przekonać?
- Tak jakby. Jutro pójdę z nią na badania z samego rana. Przy okazji zapytamy o szczegóły leczenia. Nie przeszkadza ci to?
- Nie. Chciałabym tylko, żebyśmy spędzili ze sobą trochę czasu. Ostatnio ledwo mamy czas mówić sobie „dobranoc”. – posmutniała.
- Co powiesz na to, żebyśmy jutro w południe poszli do Milkshake City? – pocałował jej dłoń.
- Chętnie. – uśmiechnęła się ciepło.
- Chodź tu do mnie. – wziął ją w ramiona. Jen ukryła twarz w zagłębieniu jego szyi, a on tulił ją do siebie. Trwali tak w ciszy, dopóki Tommo nie przerwał milczenia.
- Wiesz co jest jedynie pozytywne w tym wszystkim? – zaprzeczyła. – Że zawsze, kiedy wracam tutaj i wchodzę do tego pokoju... Jesteś ze mną. Nie krzyczysz, nie wymagasz, rozumiesz. Jesteś moją ostoją. Kiedy my wariowaliśmy przez Nialla, ty pilnowałaś, żebyśmy nie zrobili niczego głupiego. Jesteś zawsze, kiedy cie potrzebuję. Nawet nie wiesz ile dla mnie znaczy to, że mogę wrócić późno, zmęczony i zmarnowany, a ty przytulisz mnie, pocałujesz. Wtedy wiem, że komuś na mnie zależy, że nie jestem sam. Jesteś najlepszym co mnie w życiu spotkało. Proszę cię, jeśli popełnię jakiś błąd, jeśli cię zranię, powiedz mi o tym. Uderz mnie, zrób cokolwiek. Wiesz, że ciebie posłucham. Nie wyobrażam sobie tego domu bez ciebie. – wyszeptał prosto do jej ucha.
Jen dźwignęła się na łokciach. To było najpiękniejsze słowa, jakie kiedykolwiek usłyszała. Nachyliła się i złączyła ich usta w subtelnym pocałunku. Nie był długi, był wystarczający, żeby przekazać miłość.
- Kocham cię Tommo. – wtuliła się w niego.
- Ja też cię kocham Jenni. – ukrył twarz w jej włosach. – Śpijmy. – powiedział po czym zgasił lampkę nocną.
Szczęśliwi z bycia razem, po chwili usnęli…

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Taaaaaaaaaaaak! Udało mi się!
Jestem z tego rozdziału wyjątkowo zadowolona :D
Wczorajsze "I'm Jennifer" w wykonaniu Lou pobudziło mnie do pisania :D
Przepraszam, ze kazałam Wam czekać. 
Mogę liczyć na komentarze? :D
Już niedługo startujemy z Larry'm, a to oznacza koniec Total! :C
Napiszcie mi, za czym najbardziej będzie tęsknić po zakończeniu tego opowiadania :D
Zadawajcie pytania: http://ask.fm/DeeDirectioner
Dedyk dla Uli, która jest moim notariuszem looool xD Love ya Beautiful! :*
+ Mam pompę ze zdjęć Elżuni i Lou. Też chcę, żeby chłopak kupił mi toster i  mikrofalówkę ;c
++ Ten rodział jest fchuj dłuugi :D
Kocham was! Dee!