poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Rozdział 35


                Nowy dzień. Louis obudził się tak samo jak zasnął, sam. Jennifer nie chciała spać w tym samym pomieszczeniu co Lou. Czuła się zraniona, a jego obecność w żaden sposób nie pomagała. Świadomość tego, że jego dziewczyna zajmuje pokój gościnny nie nastrajała go pozytywnie. Tęsknił. Może to tylko jedna noc, ale dla niego najcięższa ze wszystkich. Tysiące przemyśleń, setki wniosków. Spał bardzo krótko. Bezsenność odpuściła dopiero nad ranem, ale zanim zdążył się wyspać, zadzwonił budzik. Ten dzień również obiecał Eleanor. Miała pierwszy zabieg, na który bała się iść sama. Czuł się fatalnie, bo to jeszcze bardziej zrani swoją dziewczynę. Był w rozterce. Potrzebował z kimś porozmawiać. Z kimś, kto go zrozumie i nie będzie wymagał zbyt wiele. Z kimś, kto po prostu mu pomoże. Agatha. Pierwsza myśl padła na nią. Była przyjaciółką Jen jak i Lou, więc mogła znać sposób na znalezienie odpowiedniego rozwiązania. Wstał z łóżka i od razu skierował się do pokoju Harry’ego i jego dziewczyny. Zapukał cicho czekając na pozwolenie. Kiedy Haz otworzył mu drzwi, powitał go zranionym spojrzeniem, w którym kryło się ciche pragnienie bliskości przyjaciół.
- Właź Boo Bear. – wpuścił go do środka. – Co cię do nas sprowadza?
- W zasadzie to chciałem zasięgnąć rady u Agathy, ale liczę, że masz trzeźwy umysł i tez mi pomożesz.
- Do rzeczy.
- Jennifer. – powiedział nerwowo przygryzając wargę.
- Rzekłabym, że problemem nie jest Jenni, ale Eleanor. – powiedziała krytycznie Agatha.
- To nieistotne. Jen nie chce ze mną rozmawiać, a ja nie wiem jak ją przeprosić. – usiadł na fotelu wpatrując się w podłogę.
- Nie przepraszaj jeśli zamierzasz to powtórzyć. Els mówiła, że dziś też idziesz z nią. Czego oczekujesz? Że Jennifer wam pobłogosławi? Ta dziewczyna zgnoiła ją publicznie, a ty myślisz, że teraz będą przyjaciółkami? Na jakim świecie żyjesz? – zirytowała się Agatha.
- W takim razie co według was powinienem zrobić? – ukrył twarz w dłoniach. Był bezradny.
- Odpuść. To życie Eleanor i jej powinno zależeć, żeby trwało jak najdłużej. Cały czas będziesz za nią latał, kiedy stwierdzi, że leczenie nie ma sensu? Jak będzie miała 60 lat, też przybędziesz jej z pomocą bo nie weźmie tabletek o wyznaczonej godzinie? To chore. – pokiwała głową z politowaniem.
- Harry, twoja dziewczyna potrafi bez używania obraźliwych zwrotów sprawić, że czuję się jak totalny dupek. – westchnął.
- Poskutkowało? – zapytał Harry obejmując go ramieniem.
- Myślę, że wiem co powinienem teraz zrobić. Dzięki.
Posłał im przelotny uśmiech i wyszedł.
            Jennifer dzisiejszy dzień miała zamiar spędzić w pokoju. Nie miała ochoty rozmawiać z Lou, ani z nikim innym. W tym domu mieszkała tyko jedna osoba, która miała na nią jakikolwiek wpływ i był to Zayn. Traktowała go jak brata, który zawsze ma coś mądrego do powiedzenia. Jego rady zazwyczaj bardzo jej pomagały. Tak samo było tym razem. Siedziała na balkonie paląc porannego papierosa, kiedy usłyszała pukanie do drzwi. Wiedziała, że to on, więc od razu zaprosiła go do środka. Poczuła po chwili dobrze znane jej perfumy.
- Jak tam? – zapytał siadając na drewnianej ławce tuż obok niej.
- A jak ma być? – spojrzała na niego smutnym wzrokiem.
- Liczyłem, że się ogarnął i od rana błagał o wybaczenie pod drzwiami. – przyznał szczerze.
- Nic z tych rzeczy. W zasadzie to nawet nie chcę jego przeprosin. Skoro on jest pewien, że nic się nie stało to nic nie mogę na to poradzić. Poczekam aż to minie, a potem zobaczymy. – westchnęła.
- Powinnaś odpocząć. Wyjedź gdzieś, odpręż się. – zasugerował.
- Myślę, że powinnam się wyprowadzić. Oszczędziłabym i sobie, i jemu różnym krepujących sytuacji. Mógłby zająć się Eleanor. – mówiła całkowicie poważnie, co przeraziło Zayna. Nie wyobrażał sobie tego domu bez swojej przyjaciółki.
- Gdzie pójdziesz? Do Paradise? Sprzedasz się po raz kolejny? Jeśli myślisz, że ci na to pozwolę to się grubo mylisz. Chciałaś odnaleźć dziadków. Weź kogoś ze sobą i jedź. Ty i Louis stęsknicie się za sobą i po twoim powrocie nie będziecie mogli wyobrazić sobie życia bez siebie. Mówię poważnie. – spojrzał na nią zdeterminowany.
- Nie wiem sama. Zayn, zbyt dużo się ostatnio wydarzyło. Duszę się tutaj. Myślisz, że szukanie moich dziadków jest dobrym pomysłem? Wiesz... Może nie chcą mnie widzieć? – zaciągnęła się papierosem.
- Nie dowiesz się, dopóki z nimi nie porozmawiasz. Mogą albo cię nienawidzić, albo kochać. Jeśli nie chcesz ich szukać, to wyjedź gdziekolwiek. Weź wszystkie dziewczyny i zróbcie sobie krótkie wakacje, a my ogarniemy Lou. Nie chcę, żebyś się tu udusiła. Wiesz, że jesteś jak moja młodsza siostra i chcę dla ciebie jak najlepiej. – objął ją ramieniem, a ona ułożyła głowę w zagłębieniu jego szyi.
Pech chciał, że w tym momencie po pokoju wszedł Louis, który widząc jak blisko Jennifer znajduje się Zayn, wpadł w szał. Poczuł piekielną zazdrość i chęć zabicia swojego przyjaciela.
- Jedna dziewczyna to mało, co Zayn? Musisz przystawiać się jeszcze do mojej? Trzymaj łapy przy sobie, okej? – spojrzał na niego krytycznie.
Malik był zaskoczony reakcją Tommo. Zazwyczaj bywał opanowany, ale jeśli chodziło o Jen, stawał się cholernie zazdrosny.
- Louis, o co ci chodzi? Rozmawiamy. To ty wszedłeś bez pukania do pokoju, który obecnie jest mój. Gdybyś poczekał moment usłyszałbyś, że rozmawiamy o tym, co mam zrobić, żeby się tu nie udusić. – zirytowała się Jenni.
- Nie chcę wiedzieć co zobaczyłbym, gdybym poczekał jeszcze chwile. Dlatego tak bardzo się o nią troszczysz. Lecisz na nią, prawda? Ciekawe co na to Valentine, a może jest tylko kolejną zabawką Zayna Malika, którą zostawisz jak znajdziesz inną? – wysyczał przez zaciśnięte zęby.
- Louis! Do jasnej cholery uspokój się! Twój przyjaciel palił ze mną papierosa, a jeśli coś ci się nie podoba to zawsze możesz się pocieszyć w ramionach Eleanor. Czy ty w ogóle słyszysz co sugerujesz? Przyjaźnicie się przecież. Zazdrość tak bardzo zasłoniła ci oczy, że nie widzisz nic? On mi pomaga, kiedy ty latasz za swoją byłą. Nie mam pojęcia co ci odbiło, ale bez względu na twoja odpowiedź podjęłam decyzję. Wyjeżdżam.
Lou zamurowało. Jego dziewczyna chciała go opuścić. Wyjechać i zostawić go samego z bałaganem, który zrobił. Nagle zdał sobie sprawę jak bezpodstawne były jego oskarżenia. Drżał. Bał się cholernie. Była dla niego wszystkim, ale wiedział, że to on skłonił ją do podjęcia tej decyzji.
- O mój Boże... Jennifer. Przepraszam. – wyszeptał chwytając jej dłoń.
- Nie przepraszaj mnie tylko Zayna. Ja już podjęłam decyzję, a on może ci wybaczy te wyssane z palca oskarżenia. – powiedziała i opuściła pokój trzaskając drzwiami.
- Gratuluję wyobraźni Tomlinson. – zakpił Malik wpatrując się w swojego kumpla. – Dobrze wiesz, że tratuję ją jak siostrę i powinienem w tym momencie złamać ci nos, bo znów przez ciebie cierpi, ale wiesz co? Nie zrobię tego. Cierpienie wewnętrze jest bardziej bolesne. Zastanów się co jest dla ciebie naprawdę ważne zamiast doszukiwać się jej błędów. – skierował się do drzwi. – Odezwij się jak będziesz miał coś innego niż podejrzewanie mnie o dobieranie się do twojej dziewczyny.
Wyszedł. Louis dzisiejszego ranka myślał, że gorzej być nie może, mylił się. Może.
            Jennifer nie musiała długo szukać towarzysza na swoją wyprawę. Agatha sama zaproponowała, że odpocznie od widoku Eleanor i Lou. Harry nie był zadowolony, ale po dłuższym czasie stwierdził, że Jen potrzebuje kogoś, kto pomoże jej się pozbierać. Agatha była w tym mistrzem. Sama dużo przeszła, więc miała doświadczenie w problemach różnego rodzaju. Jednak na jej szczęście, Hazza nigdy nie próbował jej zdradzić. Była dla niego idealna pod każdym względem i nie wyobrażał sobie chociażby sypiać z inną kobietą. Agatha spełniała jego najśmielsze fantazje, więc nie myślał nigdy o innej. Była jego jedyną. Louis jednak miał zbyt dobre serce. Mimo bólu, jaki zadała mu Eleanor, on nadal ślepo wierzył, że nie oczekuje od niego niczego poza wsparciem podczas leczenia. Jennifer nie chciała mieć mu tego za złe, ale cierpiała. Musiała odpocząć, a urlop z Agathą wydawał się być kuszącą perspektywą. Postanowiła odnaleźć dziadków i odpowiedzieć sobie na dręczące ją pytania. Całe życie zastanawiała się co skłoniło jej babcię do tak drastycznych środków jak wyrzucenie swojej córki z domu. Maria nigdy nie udzieliła jej odpowiedzi na to pytanie. Nie chciała rozbudzać nienawiści w młodym sercu Jennifer. Z biegiem czasu zaczęła rozumieć coraz więcej i dotarło do niej co takiego zrobiła jej babcia, jednak powód był jej nieznany. Miała do niej żal, że musi wychowywać się w takich, a nie innych warunkach. Była zdeterminowana. Postanowiła sobie, że bez względu na wszystko odnajdzie ich i dowie się prawdy. Zdawała sobie sprawę z tego, że mogą jej nienawidzić, ale miała nadzieję, że wszystko skończy się dobrze. Dziewczyny zdecydowały się na podróż pociągiem. Pakowanie nie zajęło im dużo czasu, więc postanowiły wyjechać z samego rana. Louis do końca dnia siedział jak poparzony. Nie chciał nic jeść, ani z nikim gadać. Zrezygnował z wyjścia z Eleanor. Zaszył się u siebie i pogłębiał się w swoim smutku. Czuł, że jakaś jako część, jutro go opuści. Miał złe przeczucia. Za wszelką cenę chciał ją zatrzymać, ale po porannym incydencie, Jen nie chciała z nim rozmawiać. Bez słowa przyglądał się jak wynosiła z ich pokoju swoje rzeczy. Cierpiał. Perspektywa kolejnej samotnej nocy sprawiła, że podjął kolejną próbę. Poszedł do pokoju, który aktualnie zajmowała Jen i zapukał dwukrotnie. Usłyszał jej cichy głos, który pozwolił mu wejść. Uchylił drzwi i zobaczył jak jego dziewczyna ociera łzy z twarzy. Płakała przez niego. Nie zniósł tego widoku. Podszedł do niej i mocno przytulił. Wiedział, że to nie wyraża wszystkiego, co chciałby jej powiedzieć, ale skutkuje. Dziewczyna wtuliła się w niego cicho płacząc.
- Jennifer, przepraszam. Zachowałem się jak dupek. – wyszeptał.
- Nic nie mów. Tylko bądź tu ze mną, a nie z nią. – prosiła.
- Jestem z tobą i będę jeśli tylko dasz mi jeszcze jedną szansę. Wiem, że wiele razy zawaliłem, ale zrobię wszystko, żeby więcej nie popełniać tych błędów.
- Lou, ja wyjadę. – powiedziała patrząc mu prosto w oczy.
- Dlaczego? Chcesz żebym umarł z tęsknoty? – otarł kciukiem łzy płynące po jej policzkach.
- Odnajdę dziadków, odpoczniemy. Zayn uważa, że dobrze nam to zrobi. Ty będziesz miał czas pomóc El, a ja w końcu zrobię to, o czym myślałam od dawna. – uśmiechnęła się smutno.
- Ah, Zayn... – zaczął. – Mam złe przeczucie. Wiem, że coś się stanie. – przygryzł nerwowo wargę.
- Wszystko będzie dobrze. – przekonywała go. – Pozwól mi. Nie chcę robić niczego, czemu jesteś przeciwny. Będzie mi lżej jeśli powiesz, że to dobry pomysł.
- Zgodzę się pod jednym warunkiem. – spojrzała na niego pytająco. – Nie każ mi znów spać samemu. Wróć na noc do naszej sypialni.
- Czekałam aż o to poprosisz.
            Ta noc była im potrzebna. Rozmawiali do trzeciej w nocy. O wszystkim. O przyszłości, o błędach, o dzieciach. Każde z nich miało swoją własną wizję, jednak w obu liczyło się to, żeby tylko byli razem. Dużo razem przeszli, więc marzyli tylko o spokoju. Wiedzieli, że praca Lou jeszcze nie raz ich rozdzieli, ale poradzą sobie. Wierzyli w to. Rano nadszedł czas na pobudkę. Jen niechętnie uwolniła się z ramion swojego chłopaka i poszła do łazienki. Po godzinie była gotowa. Agatha zasygnalizowała, że również nie ma nic więcej do roboty, więc przyszedł czas na pożegnanie.
- Naprawdę nie chcecie, żebyśmy was odwieźli? – zapytał Harry.
- Poradzimy sobie. Taksówka już na nas czeka. – odpowiedziała jego dziewczyna. – Do zobaczenia. Bądź grzeczny. – pocałowała go delikatnie i poszła zanieść walizkę do samochodu.
- Jen, zadzwoń jak dojedziecie. – poprosił Zayn.
- Na pewno dam znać, nie martwcie się. – puściła mu oko.
- Trzymaj się siostrzyczko. – uściskał ją przyjaźnie narażając się na wrogie spojrzenia Tommo, ale o dziwo ten był spokojny.
- Dzięki za wszystko braciszku.
- Ejejejej! Jedziesz na kilka dni, nie na zawsze. – powiedział zbulwersowany Lou.
- Kochanie, a co jeśli mi się tam spodoba i postanowię zostać? – zaśmiała się Jen, a Louis zbladł. – Żartowałam. – podeszła do niego całując go czule. – Masz być grzeczny i słuchać się Zayna. Ufam ci i liczę, że dotrzymasz wczorajszej obietnicy.
- Jasne, że dotrzymam. – przyciągnął ją do siebie. – Wracaj szybko. – złożył na jej ustach kolejny pocałunek.
- Do zobaczenia. – powiedziała do wszystkich i opuściła dom.
            Droga minęła im spokojnie. Jednak przez całą podróż, Jen doskwierał ból brzucha. Denerwowała się, Musiała jednocześnie myśleć o tym, co robi jej chłopak i o znalezieniu dziadków. Nie wiedziała w jakiej miejscowości mieszkali. Jednym znanym jej faktem było to, że leżało niedaleko Glasgow. Musiała przeglądać stare dzienniki swojej matki w poszukiwaniu chociażby wzmianki o jej rodzinnej miejscowości. Bez skutku. Dopiero ostatni notes był podpisany wraz z datą i miejscem. Wszystko wskazywało na to, że Jen mogła zacząć poszukiwania. Zameldowały się w hotelu, który wybrał dla nich Harry i wzięły prysznic. Każda minuta przybliżała Jennifer do spotkania z dziadkami. Nie mogła usiedzieć na miejscu.
- Denerwujesz się? – zapytała Agatha.
- Cholernie. Z tego wszystkiego aż źle się poczułam. Od wczoraj nie myślę o niczym innym tylko o tym jak to będzie wyglądało. – chodziła nerwowo po pokoju.
- Usiądź, odpręż się. Mogę zejść na dół, kupię ci drinka czy coś. Hm? – zasugerowała.
- Nie, dzięki. Chyba się zdrzemnę. Wyjedziemy jutro z samego rana, ok?
- W porządku. Idź spać, ja zadzwonię do Harry’ego.
            Noc minęła spokojne. Niestety wszystkie nerwy zaczęły się rano. Odpowiedni strój, makijaż i masa stresu. Jen wiedziała, że ich odnajdzie, ale cholernie się bała. Nie potrafiła przewidzieć tego, co mogłoby się wydarzyć. Na szczęście tabletka na uspokojenie pomogła jej opanować drżenie rąk. Po opuszczeniu hotelu wsiadły w taksówkę, która zawiozła je na dworzec. Czekała je jeszcze niedługa podróż pociągiem. Bearsden było spokojnym miasteczkiem, które zachęcało swoim wyglądem. Jennifer poczuła się tu jak w domu, mimo tego, że nigdy wcześniej jej noga tu nie stąpała. Miała przed sobą misję. Zaczepiała przechodniów pytając gdzie znajdzie dom państwa Stones. Niektórzy ludzie nie wiedzieli o kim mówi dziewczyna, więc zdeterminowana kroczyła naprzód. Dopiero pewna staruszka wskazała jej ulicę, którą powinna podążać. Tak też zrobiła. Wokoło znajdowało się dużo wypasionych domów z basenami i ogrodami. Na podjazdach stały Ferrari, a wszystko było monitorowane. Bogata dzielnica. Na końcu ulicy, tak jak opisywała kobieta, stał wielki, kanarkowy budynek wyglądem przypominając willę. Z ust Jennifer wydobyło się tylko krótkie „wow”. Od razu wróciło wspomnienie dzieciństwa w ubóstwie. Jej dziadkowie żyli w luksusach, a ona ze swoją matką walczyła o przetrwanie. Nie mogła tego pojąć. Była bardzo zdenerwowana. Trzęsły jej się ręce i bolała ją głowa. Chyba nigdy wcześniej nie bała się czegoś tak bardzo, jak teraz.
- Widzę, że źle się czujesz. Dasz radę czy wracamy? – zapytała Agatha patrząc na nią pocieszająco.
- Nie po to tu przyjechałam, żeby teraz wrócić. Albo mnie wpuści i pogadamy, albo mnie stąd wyrzuci i będę chociaż wiedziała na czym stoję. Chodźmy. – otworzyła furtkę i skierowała się białych drzwi. Wzięła głęboki oddech i zadzwoniła dzwonkiem.
Te dwie minuty dłużyły się niesamowicie. Chciała, żeby jak najszybciej to wszystko się skończyło. Nagle zapragnęła wrócić do domu i wpaść Lou w ramiona. Tak, o tym teraz marzyła. Po chwili w drzwiach pojawiła się średniego wzrostu kobieta z ciemnymi włosami, ale kilka siwych włosów już się pojawiło. Miała kilka zmarszczek, ale wyglądała na zadbaną.
- W czym mogę pomóc? – zapytała ostro. Jen już wiedziała, że to nie będzie przyjemna rozmowa.
- Dzień dobry. Jestem Jennifer i… Maria była moją matką. – powiedziała drżącym głosem.
Kobieta zbladła. Zacisnęła mocno pięści i wysyczała jedno zdanie w kierunku swojej wnuczki.
- Zabiłaś ją.
- Co? Nie! Była chora! – broniła się Jen. Czuła jak z nerwów jej brzuch się zaciska i zaczyna boleć ją głowa.
- Gdyby usunęła ciążę nadal by żyła! Wybrała bękarta! – krzyknęła wściekła. – I jak jej się odpłaciłaś? Skończyłaś w burdelu jako tania dziwka. – powiedziała z pogardą.
- Niech pani jej nie obraża. – zaatakowała Agatha, która przyglądała się całej sytuacji.
- To nie ja wyrzuciłam własne dziecko z domu na ulicę! – powiedziała przez łzy.
- Milcz gówniaro! – uderzyła ją w twarz i ujrzała blizny na jej rękach. – Narkomanka! To było do przewidzenia! Wpędziłaś moją córkę do grobu! Jesteś zwykłą ćpunką! – wrzeszczała jak opętana.
Jennifer poczuła okropny ból brzucha. Nie mogła złapać oddechu. Nagle cały świat jej zawirował i zachwiała się znajdując oparcie w swojej przyjaciółce. Ból z sekundy na sekundę nasilał się coraz bardziej. W końcu przestała kontaktować i straciła przytomność.
            Chwila. Jeden moment może sprawić, że żałujemy wszystkich wypowiedzianych w życiu słów. Chwila. Jeden moment sprawia, że tracimy coś, co mogło być dla nas całym światem. Chwila. Jestem moment może sprawić, że zapominamy o postanowieniach jakie mieliśmy. Dziecko. Stracenie tego nienarodzonego boli równie mocno jak utrata tego żywego. Czasem wystarczy pięć minut, żeby pożegnać się na zawsze z częścią samego siebie. Tak, bo z dzieckiem odchodzi kawałek duszy. Nie tylko matki, ale i ojca. Z dzieckiem odchodzi radość i sens dotychczasowej egzystencji. Z dzieckiem odchodzi wszystko. Minęły dwa tygodnie. 14 najcięższych dni w życiu Jennifer. Milczenie i żal. Nic więcej. Louis się martwił. Bardzo mocno martwił się o swoją dziewczynę, która od czasu utraty ich dziecka nie zamieniła z nim słowa. Nie zapaliła ani jednego papierosa i nie chciała jeść. Wyjście ze szpitala było dobre, ale powrót do domu był bolesny. Wszyscy łączyli się w bólu z Lou i Jen. Cały dom stracił członka rodziny. Bez względu na to, czy zdążył się narodzić, czy nie, dla nich nadal był rodziną. Płacz. Litry łez wylali. Z dzieckiem odchodzi radość.
Jen usiadła na schodach, na których miała w zwyczaju palić. Teraz tego nie robiła. Patrzyła w pustą przestrzeń. Prześladował ją obraz płaczącego Lou przy jej szpitalnym łóżku. Cierpiał. W końcu tak bardzo chciał mieć dziecko. Czuła, że go zawiodła. W tym momencie poczuła obok siebie obecność swojego chłopaka. Chciała z nim porozmawiać. Właśnie w tym momencie.
- Louis... – zaczęła niepewnie.
- Oh Jenni. – chwycił ją i posadził na swoje kolana pozwalając jej wtulić się w jego tors.
- Tak mi przykro Lou. – powiedziała przez płacz. – Tak bardzo nie chciałam dziecka, ale kiedy je straciłam... Poczułam największą stratę na świecie. Pokochałam je, kiedy odeszło. Louis. Przepraszam. Zawiodłam cię. Gdybym się zorientowała, że jestem w ciąży. Byłbyś szczęśliwy, a teraz? Nie ma go. Nie ma go z nami. Nie żyje. To był czwarty tydzień. 4 tygodnie było ze mną, a ja o tym nie wiedziałam. Przepraszam cię za wszystko. – mówiła cały czas płacząc.
- Jen, kochanie... To nie twoja wina. To ja zawaliłem. Zajmowałem się każdym, tylko nie tobą. Powinienem być tam z tobą. Nie powinienem dopuścić do takiej sytuacji. Ono odeszło, ale nadal mamy siebie. – pocałował ją czule. – Widzisz... kiedy siostra Harry’ego straciła dziecko, myślała, że to koniec. Mówiła, że jej życie nie ma sensu. Teraz jest szczęśliwa, bo wie, że nie była gotowa. Jenni, poradzimy z tym sobie.
- Lou, ty pragnąłeś dziecka. Tak bardzo chciałeś zostać ojcem..
- Shhh. – uciszył ją. – Teraz pragnę tylko jednego. – powiedział patrząc jej w oczy. – Wyjdź za mnie.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
PRZEPRASZAM! NAJPIERW AWARIA POTEM BRAK WENY!
TO OSTATNI ROZDZIAŁ. ZAPRASZAM ZA NIEDŁUGO NA EPILOG!
+ DEDYKUJĘ TO GOSI! MASZ GIMBUSIE I SIĘ CIESZ! <3
++ WBIJAĆ NA BLOGA O LARRYM! DODALAM PIERWSZY ROZDZIAŁ! http://stones-taught-me-to-fly.blogspot.com/
LOVE YA! DEE!